Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 6

Witajcie Moi Drodzy!

Minęło dopiero kilka dni od kiedy rozpocząłem wyprawę, a mam wrażenie, że minęło kilka tygodni. Wynika to głównie z faktu, że mam cały dzień dosłownie dla siebie. Nie idę do pracy, więc od samego rana mogę poświęcać czas na przyjemności. Niby te kilka godzin to niewiele, gdy się patrzy z punktu widzenia codzienności, lecz na urlopie różnica jest kolosalna. Przynajmniej dla mnie. Od rana jestem już w drodze i zwiedzam. Dla osób, które w odmienny sposób od mojego rozumieją wypoczynek, ta różnica wolnego czasu nie będzie tak zauważalna. Śpi się do południa, potem leniwe śniadanie. Następnie plaża. Zapewne koło godziny trzynastej, by później zawędrować na późny obiad.

Ja wstaję nawet na urlopie koło godziny siódmej i dzięki temu przemierzam nieraz spore odległości oraz co najważniejsze eksploruję całkiem spory kawałek świata. Tak też było w przypadku zwiedzania Turcji. Czytając moje relacje oraz oglądając zrobione przeze mnie zdjęcia oraz filmy, sami możecie ocenić, czy tak jest w rzeczywistości.

Pamiętacie, jak mówiłem, że Antalya nie jest ładnym miastem? Żeby nie być gołosłownym podzielę się z Wami zdjęciem z samego centrum miasta. Tak naprawdę mogłoby to być jakiekolwiek większe miasto na świecie. Gdyby nie flagi tureckie rozwieszone na balkonach, trudno byłoby się zorientować w jakiej części świata zostało ono zrobione.

Patrząc na takie ulice oraz co krok rozmieszczone sklepy oraz centra handlowe, w których kupują głównie przyjeżdżający tu na wakacje turyści miałem ochotę jak najszybciej stamtąd wyjechać. Tak też uczyniłem niezwłocznie po zakończeniu śniadania. Od pierwszej atrakcji zaplanowanej na ten dzień dzieliło nas raptem kilkanaście minut jazdy motocyklem. Gosi coraz lepiej zaczynało wychodzić poruszanie się motocyklem w ruchu ulicznym dużych miast. Niestety nadal miała problem z rozróżnieniem jazdy jednośladem od jazdy samochodem. Problem polegał na tym, że stając na światłach zatrzymywała się za innymi pojazdami, miast przejechać bokiem lub między nimi. Tak właśnie jeździ się motocyklem. Nie stoi się w korkach. Ciągle bała się, że się nie zmieści. Rozumiem. tego również trzeba się nauczyć, jak i samej jazdy. Mój motocykl jest większy od tego, na którym jechała Gosia. Tłumaczyłem zatem, że jeżeli ja się zmieściłem, to ona tym bardziej.

Ta nauka była bardzo istotna, gdyż pod koniec wyprawy planowałem odwiedzić Stambuł. To fascynujące miasto zamieszkuje obecnie 16 milionów ludzi. To dane oficjalne, czyli należy powiększyć tą wartość o kolejne minimum 10-20%, który stanowią przyjezdni, turyści oraz tak zwane „słoiki”. Kilka lat wcześniej miałem przyjemność jeździć po Stambule motocyklem, więc wiem doskonale, jak wygląda tam ruch drogowy. Bardzo istotne było dla mnie zatem, aby moja towarzyszka podróży przyswoiła pewne zasady jazdy jednośladem w mieście, abyśmy tam najzwyczajniej w świecie nie zginęli.

Pierwszy postój był w Duden Waterfalls. Atrakcja turystyczna w samej Antalya. Byliśmy wcześnie. Praktycznie dopiero otwierano kasy i odblokowywano wejścia. Zaparkowałem motocykl opodal lokalnego środka transportu. Zgadniecie jaki to mógł być pojazd?

Trochę śmierdział, ale poza tym całkiem sympatyczny. Nie udało mi się tylko ustalić ile miał koni i czy w ogóle taka jednostka miary jest stosowana w przypadku takich pojazdów. Dowiedziałem się jednak ile czasu potrzebuje do osiągnięcia klasycznej prędkości, czyli do setki. Niespodzianka! Wielbłąd może się rozpędzić maksymalnie do prędkości 64-65 km/h. Większą prędkość może osiągnąć chyba tylko skacząc ze skały, lecz te zwierzęta nie potrafią skakać. Zatem zagadka rozwiązana 😉

Jak to bywa z typowymi miejscami odwiedzanymi przez turystów, wokół wejścia było rozstawionych mnóstwo straganów z lodami, sokami i innymi cosiami, które można sprzedać przyjezdnym. Szczególnie, gdy będą mieli przy sobie dzieciaki. Nie zdążyłem się nawet zbliżyć do mieniących się wszelkimi kolorami tęczy stoisk, a już były kierowane w moim kierunku okrzyki – Hey Mister! Najgłośniej krzyczał młody chłopak ubrany toczka w toczkę, jak małpka z bajki o Alladynie. No może z ta małą różnicą, że on miał na sobie spodnie 😉 Czerwona kamizelka ze złotą lamówką oraz tarbusz (typowa dla tego rejonu świata czerwona czapka z czarnym frędzlem). Żeby móc pójść dalej musiałem mu obiecać, że jak będę wracał to coś u niego kupię. Inaczej nie dałby nam spokoju. To, że będzie na mnie polował na powrocie, było bardziej niż pewne. Najważniejsze, że po złożeniu zapewnienia o możliwości zarobienia w niedalekiej przyszłości kilku lirów przez sprzedawcę, mogłem spokojnie kupić wejściówki.

Obiekt w postaci parku okazał się zaskakująco mały. Pomimo jednak swych stosunkowo niewielkich rozmiarów oferował kilka pięknych widoków oraz niespodzianek. Jedną z nich była jaskinia, przypominająca bardziej skalny komin, w której żyją nietoperze.

Przypominam, że był ranek, więc te fascynujące, a wielu przerażające zwierzęta spały. A przynajmniej powinny. Doceńcie, że chcąc Wam je pokazać wychyliłem się i nagrałem krótki film, na którym widać jak latają. Poświęcenie z mojej strony było duże, gdyż w każdej chwili mogło na mnie spać guano! Na szczęście udało mi się tego uniknąć 😉

Obok jaskini płynęła rzeka. Zarówno piękna, wartka, lecz również bardzo głośno szumiąca. Nic dziwnego zatem, że biedne nietoperze nie mogły zasnąć w takim hałasie 🤣. Widok jednak zachwyca.

Do owych słynnych wodospadów trzeba było przejść jeszcze kawałek. Do łez rozbawił mnie znak ostrzegający przed niską skałą. Faktycznie musiałem się mocno schylić, aby nie rozbić głowy. Niemniej jednak nie uważam, aby można było to przeoczyć. Z drugiej jednak strony takie są teraz czasy, że szczytujemy jako ludzkość w oparach absurdu. Myślenie jest ograniczone w wielu przypadkach do tego stopnia, że na kubku z kawą, która jest gorąca (co wydawać by się mogło jest logiczne. Zalewana jest przecież wrzątkiem) trzeba napisać – Uwaga gorące! To jeszcze pikuś. Widziałem napis na akumulatorze samochodowym z ostrzeżeniem, że w środku jest kwas i nie należy go pić. W jakim kierunku zmierza ten świat? Na jakim poziomie jest aktualnie edukacja, jeżeli muszą być takie ostrzeżenia?

Dywagacje na ten temat pozostawmy jednak na inną okazję, a teraz pośmiejcie się razem ze mną z tego znaku ostrzegawczego 😉


No i wreszcie wspomniany wodospad. Aż chciało się zrzucić ciuchy i wskoczyć do tej wody. Miejsce niczym wyjęte z baśni o smokach, wróżkach, elfach, czy innych leśnych stworzeniach, które żyją w spokoju i harmonii z naturą ciesząc się codzienną sielanką.

Do sklepiku z pamiątkowymi magnesami, kubkami i tym podobnym badziewiem sprzedawanym turystom zajrzała tylko Małgosia. Ja w tym czasie przeglądałem mapę, aby wybrać kolejny punkt na popas.

Ledwo zdążyłem postawić stopę za bramą parku, a już doleciał do mnie znajomy, wesoły i przede wszystkim napastliwy głos młodzieńca ze straganu. Zdążyłem już o nim zapomnieć, gdyż takich łowców turystów jest zawsze wszędzie pełno, w każdym rejonie świata, dokąd przyjeżdżają urlopowicze. Byłoby inaczej, gdyby był płci pięknej i zostałbym zauroczony pięknym uśmiechem. No cóż. Dałem mu słowo, więc musiałem dotrzymać obietnicy. Młody handlarz miał w swojej ofercie prócz szerokiego uśmiechu oraz doskonałego humoru również lody, jakieś kolorowe napoje, zawierające chyba cały przegląd tablicy Mendelejewa oraz owoce. Zamówiłem lody. Wybór z mojego punktu widzenia był oczywisty i to z dwóch powodów. Po pierwsze moja towarzyszka podróży uwielbia słodkości, więc chętnie skusiła się na wczesny deser. Drugim powodem był znany mi sposób wręczania turyście owych słodkości. Nie była to złośliwość z mojej strony, lecz chęć pokazania koleżance czegoś nowego. No i się udało! Była totalnie zaskoczona, całym spektaklem, którego stała się zupełnie nieświadomie główną bohaterką. Filmik z tego momentu możecie zobaczyć w galerii 😉

Nie dane było Gosi spokojnie skonsumować mrożonej słodkości, gdyż niespodziewanie zaczął padać deszcz. Na szczęście nie było to oberwanie chmury, jakiego nie raz miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć. Bywało tak, że nim zdążyłem się zatrzymać i schronić przed opadem lub chociaż pomyśleć o przywdzianiu kombinezonu przeciwdeszczowego byłem już cały mokry. Nie raz dosłownie po kilku minutach jazdy podczas nagłej ulewy wodę z butów wylewałem, niczym z wiadra.

Tym razem aura była bardziej łaskawa, lecz niemniej jednak zmusiła nas do nieco przyspieszonej ewakuacji z tego miejsca. Tym razem pojechaliśmy na wschód. Kierunek Zamek Alara. Po drodze szybkie tankowanie i pierwsze tego dnia miłe spotkanie. Poznaliśmy Kubę. Pozwólcie, że Wam pokażę zdjęcie, które zrobiłem, aby upamiętnić ową chwilę.

Kuba nie jest może imponujący, ale ma w sobie coś co sprawia, że człowiek się uśmiecha. Nie zdążyłem schować aparatu do kieszeni, gdy podszedł do nas kierowca osobówki. Dokonywał zakupu paliwa na tej stacji. Przywitał się z nami i zaczął nas częstować mieszaniną orzechów prażonych. Miał ze sobą taką właśnie przekąską na drogę, ale gdy nas zobaczył koniecznie chciał się z nami nią podzielić. Niesamowite! Tacy właśnie są Turcy. Przyznam szczerze, że nie spotkałem ludzi tak otwartych i chętnych do dzielenia się tym co mają z innymi, nigdzie indziej na świecie. Uśmiałem się, gdy Gosia nieśmiało sięgnęła po ów smakołyk, a natychmiast zawartość połowy woreczka wylądowała w jej kieszeni kurtki bez pytania o zgodę, ku jej totalnemu zaskoczeniu. Facet nie porozumiewał się praktycznie wcale w języku angielskim, ale z szerokim uśmiechem pomachał nam na do widzenia i po prostu odjechał w dalszą drogę pozostawiając nas w totalnym zaskoczeniu.

Jeżeli podobają się Wam takie miłe gesty to koniecznie musicie pojechać do Turcji, lecz nie do rejonów, gdzie podążają wszyscy turyści 😉

Kolejny przystanek był na małym parkingu u podnóża góry, na której stoi zamek. Nie zdążyłem zdjąć kasku, nim podszedł do nas mężczyzna. Byłem pewien, że będzie pobierał opłatę za parking, ewentualnie poinformuje mnie, że tam nie wolno parkować. Nic bardziej mylnego. Chciał się po pierwsze przywitać i obejrzeć motocykle. Pochwalił się, że sam jeździ na jednośladzie. Małym, bo 125, ale w dużym ruchu miejskim duży motocykl jest bardziej utrudnieniem, niż wygodą. Oczywiście nie było problemu z pozostawieniem maszyn na miejscu. Ostrzegł mnie również, że dostanie się na zamek jest bardzo niebezpieczne, gdyż należy wspiąć się po stromych skałach. Do tej atrakcji nie prowadzi żadna, nawet „kozia” ścieżka. Wprawnemu wspinaczowi, taka droga zajmuje około 90 minut. Nam w butach oraz ciuchach motocyklowych taki wyczyn zdał się być mało realny do realizacji. O bezpieczeństwie nawet nie wspominając. Tym razem wygrał zdrowy rozsądek i zakończyłem temat na zrobieniu zdjęcia.

Mały spacer po okolicy i znów „na koń” i w drogę 

Tym razem wyszukałem świetną drogę przez góry, a wiecie co to znaczy? Mnóstwo zakrętów! Agrafki, winkle i inne serpentyny, czyli genialna zabawa dla motocyklisty!

Zrzut ekranu nie oddaje tego, jak wygląda taka droga. Nie można tu zobaczyć wszystkich podjazdów po górę, ani stromych zjazdów. Na takim szlaku bez ustanku gaz. Odpuścić. Jedynka, dwójka, trójka, dwójka, jedynka, dwójka, jedynka i tak dalej i tak dalej. Oczywiście mówię tu o zmianie biegów. Te winkle to tak zwane szybki zakręty, czyli podczas jazdy motocykl prawie nie pozostaje w pionie. Jadąc taką drogą przekładamy się z prawej na lewą, ale by to zrozumieć i poczuć tą frajdę trzeba tego spróbować. W innym przypadku możecie się tylko domyślać, jak fantastyczna jest to zabawa.

Nim wjechaliśmy na ten jakże fantastyczny motocyklowy plac zabaw uprzedziłem moją towarzyszkę podróży, że mogę jej zniknąć z pola widzenia. Wynikać to będzie faktu, iż chcę się pobawić i mieć frajdę z przejazdu oraz nie musieć się za nikim oglądać. Umówiliśmy się, że będzie jechać własnym tempem, czyli tak aby czuć się bezpiecznie i również móc się cieszyć drogą. Nie miała mnie gonić. Zapowiedziałem, że ma jechać cały czas głównym szlakiem, a gdy będzie zmiana kierunku jazdy będę na nią czekać. Opadły przyłbice kasków i rozpoczęła się frajda na dwóch kołach!

Już po przejechaniu drugiego zakrętu przestałem spoglądać w lusterka i skupiłem się na jeździe. Zatrzymałem się dopiero po około godzinie jazdy. Na postój wybrałem miejsce z fantastycznym widokiem. Świetnie się złożyło, gdyż było to kilkadziesiąt metrów przed skrzyżowaniem. Ależ było fajnie! Zsiadłem z motocykla z gigantycznym „bananem” na twarzy. Uśmiech nie znikał przez dobre kilka minut. Zrzuciłem kurtkę, aby się nie ugotować stojąc w pełnym słońcu i poszedłem zrobić kilka fajnych zdjęć.

Dopiero po dłuższej chwili na mini parking podjechał ktoś motocyklem. Nie była to Gośka, więc przywitałem się gestem i wróciłem do robienia zdjęć. Ów motocyklista wybrał to miejsce na postój, aby odpocząć przed dalszą jazdą. Schowałem się pod wiatą przed palącym słońcem, czekając nim dotrze do tego miejsca Małgorzata i będziemy mogli pojechać dalej.

Niemal natychmiast gość mnie zagadnął. Zamieniliśmy może ze dwa zdania, nim zaproponował kawę. Zaskoczył mnie, lecz w taki gorąc z przyjemnością przyjąłem propozycję. Wyjął z plecaka puszkę nie z kawą, lecz napojem kawo-podobnym. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że wspólne picie kawy dla Turków to coś więcej niż po prostu napój umilający czas podczas rozmowy.


Przedstawiliśmy się sobie i rozpoczęliśmy niezobowiązująca konwersację. Oczywiście nie zapamiętałem jego imienia, bo mam do takich rzeczy wybitny antytalent. Od słowa do słowa, okazało się, że jedzie w tym samym kierunku co my. Pokazałem na mapie dokąd teraz zamierzam się udać, kiedy nadjechała Gosia. Wymienili grzeczności i jak tylko odetchnęła zaczęliśmy się zbierać do drogi. Oktay, bo tak ów jegomość ma na imię zapytał, czy może pojechać z nami. Czemu nie! Im więcej tym weselej, zawsze powtarzam. Kilka minut później jechaliśmy już we trójkę w kierunku Colybrassus. Jest, a raczej było to starożytne miasto położone na południu Turcji w pobliżu Alanyi. Chciałem koniecznie zobaczyć grobowiec, do którego prowadzą wykute w skale schody.

Wspaniała miejscówka, którą warto odwiedzić, tym bardziej, że mało kto tam dociera. Nasz nowy przyjaciel okazał się doskonałym kompanem. Zauważywszy moje zainteresowanie owym obiektem zapytał, czy nie chciałbym zobaczyć czegoś, o czym wszyscy już zapomnieli. Nie musiał drugi raz pytać, ani namawiać. Poinformował mnie, że ów tajemnicze miejsce jest tuż za wzgórzem i trzeba je pokonać pieszo.

Rozpoczęliśmy więc wspinaczkę po stromym zboczu. Droga nie była łatwa. Stroma góra, upstrzona była ostrymi skałami oraz luźnymi kamieniami, które obsuwały się spod podeszwy stanowiło poważną przeszkodę. Doskonale rozumiałem, dlaczego nikt nie bywał we wspomnianym miejscu. Nawet autochtoni przejeżdżają tylko pobliska ścieżką, kiedy muszą. Jak on natrafił na to miejsce, nie dopytałem. Zachwyciłem się ruinami i zapomniałem zapytać. Sam niewiele wiedział o tym miejscu. Niemniej jednak robiło kolosalne wrażenie.

Ze smutkiem patrzy się na takie miejsca, gdy w zapomnienie popada historia. Nie wiadomo, czy ta świątynia legła w gruzach przez siły natury, czy uległa niszczącej sile człowieczej natury. Krótki film z tego tajemniczego miejsca również możecie znaleźć w galerii oraz mim FB.

Zejście do motocykli okazało się jeszcze trudniejsze niż wspinaczka. Niestety nim dotarłem do swojego mechanicznego rumaka, nadwyrężone nieplanowaną aktywnością kolano całkiem mocno mi już dokuczało. To jednak niewielka cena za tak wspaniałe przeżycia.

Zaczynało zmierzchać, więc wypadało się zbierać i wracać do cywilizacji. Przynajmniej tej, w której aktualnie żyjemy. Oktay zaproponował, abyśmy podjechali na wspólną kolację do restauracji jego przyjaciela. Uznałem to za doskonały pomysł, gdyż uwielbiam lokalną kuchnię. Byłem więcej niż pewien, że takowe dania będą serwowane w rzeczonym lokalu. Nasz nowy przyjaciel szybko wysforował się na prowadzenie, aby poprowadzić naszą grupę wprost do lokalu gastronomicznego.

Na miejsce dotarliśmy, gdy całkowicie zapadł zmrok. Zaparkowaliśmy motocykle i poszliśmy za naszym przewodnikiem do przyjemnie wypełnionej gośćmi restauracji. Wolny był tylko jeden stolik i jak się okazało czekał właśnie na nas. Od samego wejścia poczułem się, jakby od dawna tam na mnie czekano. Jak tylko przekroczyliśmy próg od razu z rozłożonymi rękoma wyszedł ku nam lekko szpakowaty mężczyzna. Odziany był w koszulę, czarną zapaskę oraz szeroki uśmiech. Przyjaciele jego przyjaciela są i jego przyjaciółmi. Co do tego nie można było mieć wątpliwości. Zaprowadzono nas do kuchni i zaoferowano całą gamę smakowicie wyglądających dań do wyboru. Nie mogąc się zdecydować poprosiłem Oktaya, aby on dokonał wyboru w naszym imieniu.

Zasiedliśmy przy stole, na którym niemal natychmiast pojawił się dzban zimnej wody do picia. Zaraz potem typowe dla Turcji pękate szklanki z herbatą, a dla mnie kawa. Nim zdążyliśmy spostrzec, zajęci rozmową stół był zastawiony sałatkami oraz wypiekanym na miejscu cienkim chlebem zwany pita. Na kolację podano gulasz oraz ciecierzycę. Bardzo smaczne połączenie.

Wieczór upływał na miłej konwersacji. Okazało się, że nasz gospodarz jest nauczycielem języka angielskiego w lokalnej szkole. Poznaliśmy również jego narzeczoną. Wprawdzie tylko przez połączenie na Whats Up, bo mieszka w innym mieście, ale i tak było bardzo miło. Z tego wszystkiego zatraciłem poczucie czasu. Zbliżała się 23:00, a my w najlepsze siedzieliśmy i gadaliśmy, zupełnie zapomniawszy o znalezieniu miejsca do spania. Gdy tylko zdążyłem poinformować o tym zabawnym fakcie Oktay’a natychmiast chwycił za telefon. Wykonał krótkie połączenie i powiedział – załatwione!

Po nieco burzliwej wymianie zdań, którą można by nazwać przyjacielską kłótnią z Oktayem, udało mi się zapłacić za posiłek. Potem pojechaliśmy do miejsca naszego noclegu. Tam się pożegnaliśmy. Oktay następnego dnia musiał iść do pracy. Przed odjazdem zaprosił nas, abyśmy nazajutrz przed wyjazdem odwiedzili go w pracy. I tak też się stało, lecz to już nowa opowieść na kolejny odcinek tego reportażu 😉

Mam nadzieję, że jeszcze Was nie zanudziłem i nadal z przyjemnością czytacie moją relację z tej wyprawy. Dajcie znać w komentarzu, czy tak jest, czy wręcz przeciwnie i wolicie poczytać już o czymś innym.

Tymczasem zapraszam do galerii po nową porcję zdjęć, a na kanał You Tube „Motopisarz” do oglądania filmów 360 w jakości 4K!

Do następnego i LwG 🤘

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry