Wspomnienia

Za oknem nadal zima. Ostatnie dni jak na złość zaowocowały niespotykanymi od lat opadami białego paskudztwa, zwanego potocznie śniegiem. Wraz ze sporą warstwą tej substancji pogrzebane zostały na jakiś czas (mam nadzieje, że krótki) marzenia o chociażby krótkiej przejażdżce motocyklem. No cóż! Jak to nie tak dawno temu stwierdził jedna z pań zasiadających swojego czasu na wysokim stołku w rządzie – „Sorry. Taki mamy klimat.”

Wyprawy na ten rok zaplanowane. Mapy wydrukowane, terminy ustalone, składy ustalone. Miejmy nadzieję, że się nie zmienia w ostatniej chwili, bo to też niestety nie należy do rzadkości. Kiedy rzucam hasło – „Wyprawa do ….” – nie ma znaczenia o jakiej części świata mówię, zawsze jest tabun chętnych, a im bliżej wyjazdu tym więcej ludzi się wykrusza. Ten nie może ,bo praca. Tego żona nie puści. Kolejnej osobie nie pasuje termin, a jeszcze komuś innemu za daleko. Standard. Nie mam pretensji i już mnie to nie dziwi. Tak już chyba musi być, więc zawsze biorę to pod uwagę planując wyprawę, na którą kogoś zabieram ze sobą.

Tak dokładnie było w 2022 roku, gdy wybierałem się na Ukrainę. Nie był to wyjazd wokół komina, więc hasło padło ponad pół roku przed wyjazdem. Jeżeli mnie Alzheimer nie myli, chętnych na wyprawę było ze dwadzieścia osób. Bałem się, że tego nie da się ogarnąć. Na szczęście ludzka natura i hurra-optymizm wybawił mnie z opresji. Bardzo szybko kolejne osoby, które deklarowały swój udział w wyjeździe się wykruszało. Została garstka, czyli idealnie na tego typu wyjazd ekipa 4 osób. Nie za dużo, nie za mało. Łatwo znaleźć nocleg dla takiej ekipy. Jednym słowem optimum. Większa grupa również jest do ogarnięcia, pod warunkiem, że dobrze się znacie i nie jest to Wasz pierwszy wyjazd. Wtedy nie trzeba na nowo ustalać, ani uczyć się tak naprawdę szyku jazdy. Ustalania, kolejności, czyli kto prowadzi, a kto zamyka peleton. Kiedy i jak tankować, bo to też jest istotna sprawa, aby co 20 km nie zatrzymywać się na stacji paliw. Takich dupereli jest sporo, a brak zgrania w takich sprawach może skutecznie zepsuć cały wyjazd i doprowadzić do niepotrzebnych niesnasek.

Wracając jednak do wywołanego do odpowiedzi wyjazdu na Ukrainę. Trzy dni przed wyjazdem zostało nas trzech. Ni z tego, ni z owego jeden z uczestników przestał odbierać telefon. Zero kontaktu i tak szczerze mówiąc zostało do dzisiaj, a kilka lat minęło. Przecież nie strzelałbym do niego, za to że nie chce jechać. No cóż. Jego strata! Do wyjazdu pozostało dwóch. Ja i mój serdeczny przyjaciel Adi. Start w sobotę o 13:01. Dziwna godzina wiem, ale do pierwszej pracuję. Zamykam gabinet, a minutę później siedzę na motocyklu i zaczynam urlop. Wieczorem przed wyjazdem dzwoni Adi. Jestem święcie przekonany, że chce coś dogadać, bo jutro startujemy, a ten mnie przeprasza z pięć razy i mówi, że nie jedzie. Nie musi, ale i tak się tłumaczy, że to wschód i duże ryzyko. W skrócie boi się jechać w ten rejon świata. Namawia mnie na wyjazd na południe. Do Rumunii. Odparłem, że przez Rumunię to będę wracał. Pożegnaliśmy się bez kwasu i wyruszyliśmy nazajutrz w różnych kierunkach.

Objechałem spory kawałek przepięknej Ukrainy, poczynając od Lwowa, przez Kamieniec Podolski. Dotarłem aż do Odessy, Kąpałem się w Morzu Czarnym. Stamtąd pojechałem na Mołdawię. Zwiedziłem Kiszyniów oraz przy okazji największą na świecie winnicę – Cricova. Polecam. Naprawdę warto. Wracałem, jak już wspomniałem przez Rumunię. O tym wypadzie szerzej opowiem Wam kiedy indziej. Wspomnę teraz tylko, jednym zdaniem, że wyjazd ten był wyjątkowy. Raz, że mam cudowne wspomnienia z tego względu, a dwa że raptem pięć miesięcy później rozpoczęła się inwazja ruskich na ten piękny kraj (Ukrainę). Niestety trwa do dzisiaj. Nie wiadomo kiedy będzie można znów pojechać bezpiecznie do Ukrainy. O zwiedzaniu i podziwianiu tego niegdyś pięknego kraju nie wspominając. Czerpiąc wiedze z tego co donoszą media, wiele cudów tego kraju uległo zniszczeniu. Kiedy zostaną odbudowane i, czy w ogóle to na ten czas nieodgadniona zagadka.

Zmieniając temat na mniej przytłaczający pamiętam doskonale swoją pierwszą wyprawę motocyklem poza granice kraju. To był wypad do Grecji. Organizował go mój serdeczny przyjaciel Waldi, dzięki któremu tak naprawdę zacząłem szlajać się po globie jednośladem. Zawsze będę mu za to wdzięczny. To on właśnie wtedy pokazał mi, że jest to możliwe i nie trzeba zarabiać milionów monet, aby zwiedzać w ten sposób świat. Dzięki Brachu!

To był pamiętny wyjazd nie tylko z tego powodu, iż pierwszy tego typu, lecz również dlatego, że pojechałem na tą wyprawę bez papierów. Tak. Nie będę Was okłamywał. Utraciłem uprawnienia do kierowania pojazdami mechanicznymi kilka lat wcześniej za punkty. Nazbierało ich o kilka za dużo w czasie pracy. Sam drobiazgi i to było najbardziej irytujące, bo było kilka mandatów za przekroczenie prędkości, ale każdy z nich za oszałamiającą prędkość nie większą niż 20 km/h ponad dozwoloną. Niestety w naszym pięknym kraju pełnym absurdów z automatu za punkty traci się prawko. Ok. Nie miałbym z tym problemu, gdyby nie chora i jakże niesprawiedliwa praktyka dotycząca prowadzenia pojazdów pod wpływem. Za punkty z automatu utrata uprawnień i musisz od nowa podchodzić do egzaminu. Tak przynajmniej było kiedyś. Nie było litości. Za jazdę zaś po pijaku, gdzie każdy wsiadający za kółko jest potencjalnym zabójcą, sprawa trafia do sądu. A co robią nasze kochane sądy? Zabierają uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych, ale zostawiają jedną kategorię (na przykład kat. „C”), żeby delikwent nie stracił pracy. Szok? Przecież TIR jest mniejszy niż osobówka i nim można bezpiecznie jeździć po pijaku! Za punkty z automatu, tracisz robotę, a próbę zabójstwa nie! Chore!!! Z potem się dziwią, że zaufanie do policji oraz sądownictwa oscyluje w okolicy zera. Sami ciężko na to pracują!

Kwestię egzaminów na prawko, a szczególnie kwestię kat. „A” opiszę w kolejnym wpisie, gdyż to bardzo ciekawy temat i jestem pewien, że wielu z Was zainteresuje.

Wracając jednak do tematu owego wyjazdu do Grecji, pojechałem bez uprawnień, bo ileż można walczyć z wiatrakami próbując legalni odzyskać uprawnienia?!?. Trochę było strachu na granicy Macedońsko-Greckiej, gdy wyrywkowo sprawdzano uprawnienia do kierowania pojazdem. Mnie ominięto, więc udało się objechać Helladę bez kłopotów. Miałem wtedy Hondę VT 750 C Shadow. Wspaniały motocykl, jednak jazda chopperem na takiej trasie to mordęga. Jak weźmie się pod uwagę poza długością trasy, górskie szlaki i jakże cudowne zakręty, to już w ogóle koszmar. Nie ten typ motocykla na taki wyjazd. Po powrocie w przeciągu kilku miesięcy przesiadłem się na turystyka, który już pozwala cieszyć się drogą na długich trasach. Prawko odzyskałem nieco później, także od lat znów jestem pełnoprawnym uczestnikiem dróg i psiarnia już na mnie nie poluje 😉

Potem były kolejne wyprawy. Albania, Rumunia, Słowacja, Czechy, Węgry, Skandynawia, Bułgaria, Istambuł, Niemcy, Szwecja, Dania. Ostatnia wyprawa, to Hiszpania, Portugalia i Maroko. Po drodze zawitałem do Wietnamu. Wprawdzie samolotem, ale tam wypożyczyłem dwa kółka i miałem niesamowitą frajdę jeżdżąc po niewyobrażalnie wręcz zatłoczonym Sajgonie!

Przez lata wyjazdy z ekipą i samotne. Każdy z nich dawał możliwość poznania nowych kultur. Podróż to również fantastyczna możliwość odkrywania nowych smaków. Zwiedzając świat zawsze staram się kosztować lokalnej kuchni. To inny rodzaj przygody, ale równie cudowny, jak podziwianie widoków oraz zabytków. Czasem można się niesamowicie zdziwić, co zostanie podane na talerzu. Tym bardziej, gdy tak jak ja poprosicie o lokalną specjalność i na dodatek podaną w formie niespodzianki. Zawsze używam zwrotu – „Zaskocz mnie proszę”. Bywa naprawę ekscytująco, a te słowa działają niemal jak zaklęcie. Bardzo często po takiej kwestii szef kuchni przygotowuje osobiście strawę dla mnie, gdyż jego ego zostaje połechtane faktem, iż przybysz z dalekich krain zdaje się całkowicie na jego kunszt oraz decyzję. W Wilnie na przykład dostałem do jedzenia świńskie uszy, w Da Nang z kolei miałem okazję jeść węża, a w Vung Tau ponoć najbardziej śmierdzący owoc na świecie o nazwie Durian. W Marakeszu z kolei wraz z Jerzykiem (serdecznie pozdrawiam przyjacielu) mieliśmy okazję skosztować głowę owcy oraz jej wymię.

Każdy wyjazd, każda wyprawa to skarbnica bezcennych wspomnień, do których wraca się z przyjemnością nie tylko przy okazji pokazywania zdjęć z wakacji, ale również w tym wrogim motocyklistom czasie zimowej aury.

Zdjęcia z moich podróży możecie znaleźć w galerii na stronie, jak i również na moim FB (tam są z komentarzem). Zapraszam serdecznie tym bardziej, gdy tak samo jak ja tęsknicie za słońcem i wyższymi temperaturami, niż te które aktualnie panują za oknem.

LWG 🤘

P.S.

Jako tytułowe wrzucam zdjęcie zrobione w Wietnamie, aby ocieplić swój wizerunek (a raczej w czasie głupawki, która dopada człowieka, jaka nie ma codziennych zmartwień i może w pełni cieszyć się chwilą). Dajcie znać, czy mi się udało 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry