Witajcie Moi Drodzy!
Dopiero co pisałem o tym, jak wielu ludzi ma przysłowiowe dobre serce i jest wrażliwe na cierpienie drugiego człowieka. Był to tekst o 35 finale WOŚP, gdy po raz kolejny okazało się jak wielu z nas chce i co ważniejsze realnie pomaga. Niestety wczoraj odniosłem wrażenie, że to tylko się dzieje od okazji i na pokaz. Mam nadzieję, że się mylę i tak nie jest. Ostatnie doświadczenia pokazują niestety smutną rzeczywistość.
Zacznijmy jednak od początku. W niedzielę, wczesnym popołudniem wracałem z Torunia do domu. Jechałem samochodem. Aura jaka jest, każdy widzi. Doskonale znacie moje zdanie na ten temat, więc nie będę Was zanudzał po raz kolejny tym, jak ja bardzo lubię to białe paskudztwo. Mniejsza z tym. Chodzi o to, że poruszając się aktualnie po drogach, czy to pieszo, czy jakimkolwiek pojazdem zmuszeni jesteśmy zachować wzmożona ostrożność. Jest ślisko jak diabli, tym bardziej, że wczoraj otrzymaliśmy świeżą dostawę śniegu.
Warunki drogowe były w miarę przyzwoite, ale tylko na głównych drogach. Asfalt mokry i śliski, lecz czarny. Boczne drogi to jednak tragedia. Przed powrotem do domu postanowiłem zajrzeć do przyjaciół na kawę, korzystając z tego, że jest niedziela mam więcej wolnego czasu. Zjechałem więc z głównej drogi, aby pojechać skrótem.

Jak sami widzicie niewiele potrzeba było, aby doszło do tragedii. Odrobinę za dużo gazu, gwałtowne hamowanie, czy nieostrożny ruch kierownicą i …. Zdążyłem o tym pomyśleć. Odpuściłem nieco gazu. Zawsze wychodzę z założenia, że lepiej dojechać pięć minut później, ale dojechać w jednym kawałku. Minąłem pierwszy zakręt i ujrzałem po lewej stronie samochód na poboczu, a raczej sporo poza drogą. Wokół niego były zgromadzone cztery postacie. Wypadek. Ostrożnie nacisnąłem pedał hamulca, a moje auto i tak zatańczyło na drodze niczym baletnica na scenie Teatru Wielkiego. Wyrobiony nawyk przez lata jeżdżenia, zadziałał i rozpocząłem hamowanie pulsacyjne. To pozwoliło mi się zatrzymać na drodze, a nie dołączyć do nieszczęśników poza nią. Wysiadłszy z auta upewniłem się, że wszyscy są cali i nie ma konieczności nikomu udzielać pomocy. Przynajmniej w kwestii zdrowia.
Pechowcami tego dnia okazała się grupka młodzieży. Kierowca nie zdołał zapanować nad pojazdem na zakręcie. Wpadł w poślizg i auto wyrzuciło z drogi, przy okazji kosząc krzaki.

Jak widać pojazd przejechał spory kawałek drogi nim ugrzązł w ciężkim, mokrym śniegu. Paradoksalnie ten sam biały materiał zatrzymał pojazd przed szpalerem drzew. Gdyby nie on, całe to zdarzenie mogłoby się skończyć tragicznie.
W rozmowie z tymi młodymi ludźmi usłyszałem, że wszystko wydarzyło się już chwilę temu i zdążyli ochłonąć po pierwszym szoku. Drogą przejeżdżało wiele pojazdów, lecz nikt się nie zatrzymał, aby chociaż zapytać, czy wszyscy cali i nie trzeba wezwać pomocy. Karetki. To właśnie ta znieczulica, o której mówiłem. Ludzie wychodzą z założenia, że przecież to nie ich sprawa i nie będą się mieszać. Szkoda czasu? Kawka u teściowej wystygnie, jak zatrzymają się i zaoferują komuś pomoc? Ludzie boją się odpowiedzialności, czy po prostu mają gdzieś, co się dzieje z innym człowiekiem? Widuję to niestety od lat na ulicach. Ktoś się przewróci, albo leży to nikt z tym nic nie zrobi, bo to przecież pijak. Wytrzeźwieje to się pozbiera. Nikomu już nie przychodzi do głowy, że może to być diabetyk, któremu spadł poziom cukru we krwi. Że ten leżący na ulicy jegomość może mieć zawał. Udar. Naprawdę już do tego stopnia mamy gdzieś innego człowieka, że nie poświęcamy mu chwili, aby się zainteresować co się stało? W tych czasach, nawet nie musimy biegać i szukać budki telefonicznej, aby wezwać pomoc. Każdy z nas ma telefon w kieszeni! Łatwiej jednak powiedzieć sobie, że to nie moja sprawa. Nie mój problem. Niech ktoś inny się tym zajmie. Potem jednak, gdy sytuacja się odwraca i sami jesteśmy w potrzebie, to mamy pretensje do całego świata, że inni zachowują się tak samo, jak my. Wszystko działa w dwie strony! Większość ludzi patrzy jednak tylko na czubek własnego nosa.
Wracając do tematu. Upewniwszy się, że nikt z obsady pojazdu nie potrzebuje pomocy lekarskiej, podjechaliśmy z jednym z pasażerów do pobliskiego gospodarza z prośbą o uruchomienie ciągnika Pomoc w wyciągnięciu samochodu z pola, zasypanego gęstym, mokrym śniegiem była niezbędna.

Ratunek udało się uzyskać już u czwartego z kolei odwiedzonego gospodarza. Samochód podczepiony linką do ciągnika ślizgał się mocno na mokrym śniegu, lecz definitywnie udało się go wyciągnąć na drogę. O prawdziwym rozmiarze szkód trudno przesądzić bez wizyty w warsztacie samochodowym, lecz ku mojemu zdziwieniu silnik udało się uruchomić. Możliwe było nawet dojechanie kawałek do rodziny jednego z pasażerów, aby tam pozostawić samochód.

Tanio nie będzie, lecz najważniejsze w całej tej sytuacji jest to, że nikt nie ucierpiał. No może poza dumą oraz ego kierowcy. Tak, czy inaczej to naprawdę niewielkie szkody, w stosunku do tego, co mogło się wydarzyć.
Rozumiem, że nie zawsze jesteśmy w stanie pomóc. Nie każdy jest mechanikiem. Ja też nie potrafię. Nie znam się na silnikach, elektryce i tak dalej. Potrafię jeździć tym co ma koła, ale już nie naprawiać. Warto jednak się zatrzymać i po ludzku zapytać, czy możemy w jakikolwiek sposób pomóc. Najczęściej usłyszymy, że nie, bo już wezwana jest laweta lub coś w tym stylu. Może być też taka sytuacja, że pomocne będzie wykonanie telefonu lub jego użyczenie, aby pechowy kierowca mógł taką rozmowę odbyć. Doświadczenie podpowiada mi, że jak się wali, to wszystko na raz. Spotkałem się już z taką sytuacją, że zepsuł samochód i oczywiście na domiar złego padła bateria w telefonie. I jak wtedy wezwać pomoc, gdy nikt się nie zatrzyma?
Cytując klasyka „Zawsze warto być człowiekiem ….”, pamiętajmy, aby zawsze postawić się w sytuacji osoby, która potrzebuje pomocy. Nigdy nie wiesz, czy za godzinę, za tydzień lub rok będziesz w podobnej sytuacji. Nie dajmy się „zliczulicy” i pamiętajmy, że pomoc naprawdę często nic nie kosztuje!
