Witajcie Moi Drodzy!
Ostatni wpis zakończyłem informacją, w jakim hotelu się zatrzymałem. Piękny obiekt muszę przyznać. Jeżeli śledzicie mojego FB mieliście okazję zobaczyć przynajmniej dwie rolki, które nagrałem w tym miejscu. Jedną z nich była propozycja „budzika”, a tak naprawdę zaśpiew Imama wzywającego wiernych na wieczorne modły do meczetu.
Obsługa obiektu fantastyczna. Doskonale mówiąca po angielsku. Nie było najmniejszego problemu z komunikacją. Zaskoczył mnie jednak nico inny, mały szczegół. Przygotowując się no nagrania rolki usiadłem na dziedzińcu tegoż, jakże urokliwego przybytku. W kilka sekund dosłownie, obok mnie zmaterializował się kelner. Śnieżno-biała, idealnie wyprasowana koszula młodego mężczyzny, niesamowicie kontrastowała z moim „niechlujnym” strojem motocyklowego włóczęgi. Poprosiłem o lokalne piwo w butelce. Nie dlatego, że jestem fanem złocistego, pieniącego się trunku, lecz dlatego, że pewna przesympatyczna osóbka (jeżeli to czytasz serdecznie pozdrawiam) zapytała mnie kiedyś, czy mógłbym przywozić jej ze swoich wojaży kapsle od piwa. Tak. Też byłem zaskoczony, lecz okazało się, iż ów małe, kolorowe blaszki są przez niektórych ludzi kolekcjonowane. Od tego czasu z największą przyjemnością sięgam po te trunki, gdy tylko jest możliwość zdobycia ciekawego zamknięcia butelki. Traktuję to jak małe wyzwanie, które muszę zrealizować na każdej wyprawie. Powiem Wam, że w krajach muzułmańskich, wcale nie jest to takie łatwe.
Tak też było w tym przypadku. Nienaganną angielszczyzną zostałem poinformowany, że w barze, ani na terenie całego hotelu nie serwuje się alkoholu. Poprosiłem więc o kawę, a na swoją zdobycz musiałem zapolować, udając się na spacer po mieście zwanym Aydin. Tu też miałem wielką przyjemność skosztować po raz pierwszy dania zwanego Lachmacum. To tradycyjna turecka potrawa. Przez turystów jest również nazywana turecką pizzą, gdyż takową przypomina. Jednak tylko odrobinę. Jest co cienki placek ciasta. Niemalże naleśnik, lecz jest bardziej chrupiące. Kształtem przypomina wydłużone jajo. Na wierzchu jest rozłożona, a raczej należało by powiedzieć rozsmarowana pasta warzywna. Nie jestem pewien, czy był dodatek mięsa. Jeżeli tak, to było bardzo drobno pokrojone. Lachmacum podawane jest przecięte na pół i odrywa się kawałki palcami ze wspólnego talerza. Jako dodatek serwowana jest z reguły na osobnym półmisku świeża pietruszka (nać) pomidory oraz surowa cebula pokrojona w półksiężyce. Wszystko skrapiane jest sokiem z wyciskanej cytryny. Placek jest niepozorny, lecz to zmyłka. Jednym nawet ja się najadłem. Wszystko popijałem oczywiście schłodzonym Ayran-em.

Przed powrotem do hotelu udało mi się zdobyć poszukiwany kapselek
Jako, że ja odpoczywam w ruchu, to wylegiwanie się w łóżku w moim przypadku, kończy się w okolicach siódmej rano. Kwadrans później sprawa prysznica, mycia zębów była już tylko wspomnieniem, które towarzyszyło mi w drodze na śniadanie. Tym razem nie było szwedzkiego stołu, lecz gotowe porcje dla każdego z gości przynoszone przez kelnera. Turcja. Kraj, który kojarzy się z kawą, a na śniadanie znów herbata. Wrrr! Gosia zadowolona, gdyż po raz kolejny miała dwie szklanki dla siebie. Ja musiałem się zadowolić wodą z plastikowego kubka. Jak to dlaczego? Nie wiecie? A to zaskoczenie! Nie pijam herbaty od czasów liceum. Kiedyś Wam opowiem, jak do tego doszło, lecz teraz szkoda na to czasu.
Nim słońce pojawiło dobrze zdążyło wznieść się na niebie, już byliśmy w drodze. Dla samuraja …. O przepraszam, dla motocyklisty ważny jest nie tylko cel, lecz również sama droga, która doń prowadzi. Im bardziej kręta tym lepiej, bo właśnie na zakrętach, wirażach oraz zakosach my motocykliści bawimy się najlepiej.
Pierwszym miejscem postoju tego dnia i jednym z dwóch miejsc, które bezapelacyjnie chciałem zobaczyć będąc w Turcji były Pamukkale. To mała miejscowość słynąca na cały świat z wapiennych basenów. Nie jestem fanem takich miejsc. Nie mówię tu o małych, uroczych miasteczkach, lecz o znanych i mocno reklamowanych w internecie miejscach. Z reguły napompowane do granic możliwości oczekiwania przez reklamę psują przyjemność zobaczenia miejsca w rzeczywistości. W znakomitej większości przypadków są one mniejsz niż na zdjęciach. Nie tak okazałe, kolorowe jak na bilbordach, a na dodatek tłumy turystów uniemożliwiające cieszenie się widokiem. Nie da się nawet zrobić zdjęcia, przez tłumy ludzi, którzy pchani pędem turystycznej owcy muszą tu zajrzeć, by odhaczyć miejscówkę na liście w mediach społecznościowych. Dramat! Niestety po raz kolejny miałem wątpliwą okazję się przekonać, że właśnie tak jest i w tym miejscu. Aż strach pomyśleć, co tam się dzieje w sezonie turystycznym!
Moi Drodzy, chciałbym abyśmy się dobrze zrozumieli. To przepiękne miejsce i wapienna góra robi niesamowite wrażenie. Sami zresztą oceńcie.

Zdjęcie zrobiłem u podnóża góry i udało mi się uchwycić na nim nawet lotnika 😉 Takiego ujęcia zapewne nie znajdziecie w sieci, gdyż zrobiłem je od strony, gdzie nikt nie chodzi. Wszystkie wycieczki podchodzą z drugiej strony, po wygodnym trapie. Ja jak zawsze muszę jednak po swojemu, ale uważam że warto.

Tu macie inną perspektywę, gdy rozpoczynałem wspinaczkę na szczyt. W spodniach oraz butach motocyklowych, to naprawdę nie lada wyzwanie, tym bardziej w palącym słońcu. Gdy już wdrapałem się na szczyt i nagrywałem film dojrzał mnie ktoś z obsługi nazwijmy to obiektu i rugał zapewne, jak psa. Nic nie zrozumiałem, gdyż wrzeszczał po turecku, a poza tym z odległości w jakiej się od siebie nawzajem znajdowaliśmy zdawał się być wielkości mrówki. Pomachałem mu więc przyjaźnie i zszedłem, aby nie prosić się o kłopoty.

Jak już wreszcie zawędrowałem, tam gdzie są oczekiwani turyści ujrzałem takie oto piękne miejsce. Jest gdzie usiąść, by napawać się widokiem. Można pokarmić kaczki, a po przeciwnej stronie ulicy (z tej perspektywy za plecami) jest rząd restauracji, w których można zjeść posiłek i nie tylko. Wszystko oczywiście przygotowane pod kątem przyjezdnych z aparatami w dłoniach gotowych kupić tonę magnesów na lodówkę oraz innych pamiątek. Czyli dokładnie tak jak ja, nie lubię 😉
Pięknie, lecz tłoczno i głośno. Czasem, jak w tym przypadku trzeba odstać kilka dobrych minut, aby móc zrobić fajne zdjęcie bez ludzi w kadrze. Najgorsze jest to, że wiele razy ludzie widzą, że czekam aż odejdą, aby zrobić fotkę i mają to gdzieś. Stoją i gadają, jakby nie można kontynuować konwersacji dwa kroki dalej. Osobiście zawsze się zatrzymuję, gdy widzę, jak ktoś robi zdjęcie, aby nie psuć mu ujęcia. Te dwie sekundy mnie nie zbawią, a ten ktoś będzie mógł pójść dalej miast sterczeć w miejscu i po raz setny wciskać migawkę, próbując trafić na moment, który chce „złapać”. Niestety większość ludzi myśli tylko o sobie i dlatego tak ten świat wygląda. Nie będziemy jednak zrzędzić.
Idziemy dalej.

W małej knajpce zatrzymaliśmy się na obiad, aby mieć siłę na dalszą część podróży. Jak już wspomniałem, piękne zdjęcia niesamowitych basenów z krystalicznie czystą, błękitną wodą są fikcją (w większości przypadków). Mapy google przeczołgały mnie jak psa, kierując w miejsca, których nie ma w rzeczywistości. Poza tą wirtualną, oczywiście. Przeszedłem kilkanaście kilometrów w poszukiwaniu tych pięknych widoków z internetu. Za każdym razem zostałem wyprowadzony w pole i to dosłownie. Zmęczony, zgrzany i zdyszany zapytałem wreszcie właścicielkę knajpki o te miejsca, które rzekomo są o rzut beretem od nas. Nie zrozumiała o co mi chodzi, więc pokazałem jej zdjęcia. Roześmiała się tylko i powiedziała, że coś takiego nie istnieje. Smutne, lecz przynajmniej uczciwe podejście do tematu.
W lokalu trochę kiczowato, ale kolorowo, wesoło i sympatycznie. Można więc wybaczyć tą feerię kolorów i ozdóbek. Jedzenie na szczęście bardzo smaczne. Zamówiłem chopsy z jagnięciny, i był to świetny wybór.

Podjadłem, więc można ruszać w dalszą drogę. Wiem, ze większość z Was po takiej wyżerce wolałaby rozłożyć się wygodnie na leżaku lub hamaku i rozkoszować się sjestą. To jednak nie jest w moim stylu. Pomimo upału zarzuciłem kurtkę na grzbiet. Wsiadłem na motocykl i pojechałem dalej.
Kolejny przystanek – Jezioro Salda. Podjeżdżam do butki z biletami zlokalizowanej przy parkingu i chcę kupić bilety, aby obejrzeć atrakcję. W okienku drewnianego kiosku pojawia się pokryta siwizną głowa o dziwo stosunkowo młodego mężczyzny. No cóż różnie to się w życiu układa. On siwy, ja łysy. Chociaż najprawdopodobniej byliśmy w podobnym wieku. Pytam ile za dwa motocykle, a on, że nie. Zamknięte? Zdziwiłem się, bo kilka samochodów stało na parkingu za szlabanem. Musiałem zdjąć kask, aby zrozumieć co mówi. Dopiero jak trochę zwolnił z wypowiadaniem słów udało nam się dogadać. Ów jegomość mówi do mnie tak. – Tu jest kiepski widok. Poza tym trzeba zapłacić za bilet. – Odparłem, ze to nie jest problem, ale on dalej swoje. Jedźcie – powiedział tą drogą, pokazał ręką za siebie i za 8 kilometrów po prawej będzie piękna miejscówka, gdzie warto się zatrzymać. Na dodatek za darmo. Jako, że ze mnie grzeczny gość podziękowałem i już chciałem wycofać maszynę, gdy mój rozmówca zatrzymał mnie gestem. Otworzył szlaban, abyśmy mogli objechać dookoła, miast cofać motocykle po szutrowym podjeździe. Pomachał nam na do widzenia z szerokim uśmiechem życzliwego człowieka.
Po raz kolejny przekonałem się, że Turcy są niesamowicie przyjaźni oraz spieszą bliźniemu z pomocą.
Przejechaliśmy ów 8 kilometrów. Droga wąska, kręta i dziurawa, czyli taka jak lubię. No może poza tymi dziurami, ale jednak. Miejscówka faktycznie cudowna. Jak tylko zdjąłem kask ujrzałem w pełni magiczny widok. Jaki? Spójrzcie proszę na zdjęcie tytułowe, a sami się przekonacie.
Strażnik z parkingu miał rację. Widok był oszałamiający i o wiele ciekawszy niż tam, gdzie on przebywał. Z tego miejsca można było to ocenić bez kłopotu.

Krajobraz niczym z obcej planety. Tak samo piękny, jak przerażający. Musicie mi uwierzyć na słowo, gdyż zdjęcia nie oddają tego, co się widzi na żywo. Po pierwsze ten biały pas wokół tafli wody, to niestety świadectwo tego, że wody jest coraz mniej, a linia brzegowa się cofa. Jak tak dalej pójdzie, kwestią czasu będzie zniknięcie jeziora zupełnie.
Co mnie przeraziło? Otóż to, że to miejsce jest praktycznie martwe. Szybko zdałem sobie z tego sprawę. Niesamowita cisza, która wgryza się w mózg niczym pasożyt siejąc niepokój. Słychać tylko bicie swojego serca oraz delikatny szum nieśmiało pluskającej wody o piaszczysty brzeg.
Mówi się, że woda jest życiem. Lecz nie w tym przypadku. Tu nie ma żadnego życia. Woda jest krystalicznie przejrzysta, lecz nie ma w niej ani ryb, ani płazów, gadów, roślin. Nawet glonów. Nie było słychać śpiewu ptaków. Zupełnie nic! Poczułem irracjonalny lęk, gdy chciałem zanurzyć palce w tej wodzie. Moja szalona fantazja podsuwała mi najróżniejsze scenariusze tego co się może stać, gdy tylko to zrobię. Począwszy od tajemniczego stwora, który niespodziewanie wyłoni się z głębin i połknie mnie w całości zabierając ze sobą w toń jeziora. Poprzez powolnie postępujące kamienienie tkanek począwszy od palców. Zostałbym nad tym jeziorem w takim przypadku już na zawsze, pod postacią kamiennego posagu. Była też wizja rozpuszczających się tkanek niczym po zanurzeniu w kwasie solnym. Natychmiast pojawiła się kolejna irracjonalna myśl. Mianowicie, czy mając dłoń niczym Ghost Rider, byłym w stanie, tak jak on nadal jeździć motocyklem i operować manetką gazu.
Oczywiście nic się nie stało. Powodem tego braku życia w tym zbiorniku jest najprawdopodobniej wysoki poziom jakichś pierwiastków wypłukiwanych ze skał. Zapewne wapnia, ale o tu już należało by zapytać kogoś, kto się na tym zna. Widoki niemniej jednak były fascynujące.

Robiło się późno, więc wypadało pomyśleć o jakimś noclegu. Po kilku minutach klikania w telefon sprawa została załatwiona. Hotel zabukowany. Zapłacony. Pozostało już tylko wbić adres w nawigację i pojechać na miejsce zgodnie z kierunkiem wskazywanym przez elektroniczną mapę.
Przygoda, przygoda! Jakże mogłoby być inaczej 🤣😂 Szukając noclegu wybrałem miejsce na mapie, które byłoby wygodne do startu dnia następnego. Mój błąd, bo nie przyszło mi do głowy, aby sprawdzić na owej mapie, czy wszystko jest tak jak chce. No i była niespodzianka! Miasta o takiej nazwie (wybaczcie, że nie jej nie podam, ale email z potwierdzeniem rejestracji usunąłem, a pamięć już nie ta), którą wybrałem są dwa w Turcji. To w którym zarezerwowałem nocleg, było oddalone od miejsca, w którym się znajdowaliśmy o ponad 1600 km na wschód. Rezerwację można było odwołać, lecz płatność już przepadała. W serwisie Agoda, o którym już wspominałem w poprzednich wpisach, jako alternatywa dla serwisu Booking, nie ma opcji zwrotu płatności. Bardzo są również ograniczone opcje płatności na miejscu w obiekcie. W skrócie, aby zarezerwować pokój trzeba natychmiast dokonać płatności.
Na szczęście nie była to jakaś wielka kwota, więc wyrzuceniu z siebie kilku parlamentarnych słów gniew mi minął. Na samego siebie, ale cóż. Przygoda! 😉 Poszukałem po raz kolejny noclegu, lecz tym razem kilka razy sprawdziłem mapę, aby nie było znów niechcianych atrakcji. Jednym w tym momencie kryterium wyboru noclegu była restauracja na miejscu, gdyż dotrzeć mieliśmy na miejsce przed zmierzchem.
I tym razem nie obeszło się bez niespodzianek. Przyznam, że nie denerwuję się takimi rzeczami, gdyż podchodzę o tego w ten sposób – Będzie co wspominać! – I zawsze jest! Restauracja była, ale oczywiście nieczynna, bo poza sezonem tną koszty. By nie umrzeć z głodu trzeba było podejść do jakiegoś lokalu gastronomicznego. Według mapy najbliższa pizzeria (byłem głodny, więc już było mi wszystko jedno co zjem) oddalona była o 12 kilometrów. Zatem o spacerku nie było mowy. Ok. Nim wsiedliśmy na motocykle wypadało najpierw zrzucić graty w pokoju. A w tym pokoju …. 😂🤣

Gdybym nie zrobił zdjęcia, nikt by mi nie uwierzył. Pomiędzy prysznicem, a częścią sypialnianą było okno z żaluzjami. Regulacja przesłony od strony prysznica. Kino dla dorosłych na żywo. Piszę książki o tematyce erotycznej, a nawet mi to do głowy nie przyszło!
Bajdałej! Pośmialiśmy się, więc czas na jedzenie. Wiadomo, jak Polak głodny to zły. Jestem tego doskonałym przykładem. Wsiedliśmy, więc na maszyny i wyjeżdżamy. Wg mapy do knajpy było 19 km, a pieszo tylko 2 km. Ciekawostka. Po przyjrzeniu się dlaczego tak jest okazało, się że samochodem, czy motocyklem w tym przypadku trzeba jechać na około, bo nie można skręcić na najbliższym skrzyżowaniu w prawo. Musiałbym na głowę upaść, aby się tym przejmować . Nic nie jedzie, więc skręcamy i kilka minut później jesteśmy na miejscu. Teoretycznie! Tam, gdzie miała być pizzeria i to dobrze oceniana na googlach zastaliśmy zawalony budynek.
No cóż. Zjechałem na pobocze. Awaryjki i szukam nowej miejscówki. Jedynym wymaganiem w tym przypadku pozostała już tylko odległość do celu. Sukces. Kilka minut i wreszcie będzie jakieś jedzenie. Niestety konieczne było zawracanie, a na drodze szybkiego ruchu nie da się tego zrobić w dowolnym miejscu. Nerw wraz z głodem narastał. Dotarliśmy. Tylko dzięki założonemu kaskowi, nikt nie słyszał moich przekleństw, gdy odbiłem się od zamkniętych drzwi. Wiem, że byłem na jakimś zadupiu, ale lokalsi przecież też muszą coś jeść. Nie było innego wyjścia. Pojechaliśmy dalej. Do trzech razy sztuka, jak to mówi stare polskie powiedzenie. Żołądek już zaczynał trawić mi kręgosłup i co gorsza kurtkę na grzbiecie. Zapadał zmrok, a my nadal szukaliśmy miejsca, gdzie można dokonać jakiejkolwiek konsumpcji. Nie miałem zamiaru wybrzydzać. Jakikolwiek sklep spożywczy, też by mnie w tamtym momencie zadowolił. Niestety w tej lokalizacji totalna pustynia.
Meta i znów zamknięte. 🤬 Na szczęście moje baczne oko wypatrzyło po drodze jakieś pomieszczenie, w którym zapalone było światło i obok kręcili się ludzie. Zawrotka w najbliższym możliwym miejscu i jazda na tak zwany azymut. Zaparkowaliśmy pod nędznie wyglądającą knajpką. Była więc nadzieja. Cokolwiek, byle dotrwać do rana – powiedziałem sobie. Po wejściu okazało się, że to obskurna, ale czynna co najważniejsze budka z kebabem.
Od wejścia zostaliśmy przywitani przyjaznym uśmiechem obsługi uwijającej się w przygotowywaniu posiłków za kontuarem. Zamówiłem coś wyjątkowego, co było specjalnością ich kuchni i zadowolony usiadłem przy stoliku oczekując na posiłek. Z przyjemnością przyglądałem się innym gościom tego przybytku, spożywających posiłek. Przyznam się Wam w sekrecie, że lubię obserwować ludzi. Gdy nie są świadomi, że się na nich patrzy zachowują się naturalnie, a to bywa bardzo ciekawe.
Po prawej stronie od stolika, przy którym usiedliśmy w oczekiwaniu na zamówienie siedziała młoda rodzina. Parka młodych ludzi z synkiem. Nie znam się na dzieciach, ale szacuję, że młody mógł mieć około 6 lat. Jedli kolację. Miła atmosfera. Ciche rozmowy dorosłych. Dzieciak trochę się kręcił na krześle, co chwila zerkając w gadający na ścianie telewizor. Uderzyło mnie to, że nie gapił się w telefon, jak niemal wszystkie dzieciaki aktualnie. Z zamysłu nad tym niecodziennym faktem wyrwało mnie zawołanie dobiegające od strony lady. Wreszcie jedzenie! Hurra! Cóż ciekawego dostanę? – zastanawiałem się tylko przez chwilę, gdyż szybko dostrzegłem dziwnie znajomy rulon, trzymany w ręku i wyciągany w moim kierunku prze uśmiechniętą kobietę odzianą w hidżab.

Kebab był w pierwszym momencie rozczarowaniem, gdyż chciałem spróbować czegoś nowego z lokalnej kuchni. Najwidoczniej jednak się nie zrozumieliśmy z obsługą w kwestii zamówienia. Z drugiej jednak strony, nie było co marudzić. W końcu nie miałem umrzeć z głodu
Był nieco inny w smaku od tego, które znamy z naszego podwórka. To logiczne, bo przecież tam podaje się inne mięso. Ponadto jest zupełnie inaczej przyprawiane. Generalnie smaczne, ale jak można się domyślić patrząc na zdjęcie, niesamowicie tłuste. To było zaskoczenie. Na stoliku stał pojemniczek z czuszkami, więc było czym zagryzać 😉
Po zaspokojeniu głodu mój mózg wrócił do prawidłowego funkcjonowania, czyli do myślenia nie tylko o jedzeniu. Wiedziony ciekawością zapytałem obsługę o statuetkę z wilkiem. Zaintrygowała mnie, gdyż gdzie nie spojrzeć w tym rejonie Turcji wszędzie wilki i wilki. Uwielbiam te zwierzęta. Są fascynujące, piękne i uosabiają według mnie prawdziwa, dziką wolność.
Miałem przyjemność oraz zaszczyt kilka lat temu ratować pewnego Basiora potrąconego przez samochód wraz z dr Raś-em. Jechaliśmy wtedy wykonać badania u krów, gdy spostrzegliśmy czołgające się zwierzę na polu nieopodal szosy. Po zatrzymaniu okazało się, że to wilk. Naprawdę ogromne zwierzę. Udzieliliśmy mu pierwszej pomocy. Uratowaliśmy mu tym samym życie. Później przekazaliśmy go do szpitala na dzikich zwierząt. Po zakończeniu kuracji wrócił na nasze tereny. Wybaczcie ów dygresję, lecz mam od tego czasu jeszcze większą słabość do tych zwierząt.
Z rozmowy z mężczyzną zza baru z kebabem zrozumiałem tylko tyle, że to lokalna legenda. Resztę doczytałem sobie już w internecie. W największym skrócie, aby Was nie zanudzać. W czasie walk o niepodległość Turcji, żołnierze upuścili sztandar, który właśnie szary wilk podniósł siłą wiary. Poprowadził tym samym wojska do zwycięstwa w walce o wyrwanie się spod jarzma Francuzów. Zdarzenie to miało miejsce dnia 28 listopada 1919 roku. Od tego czasu „Bayrak Tutan Bozkurt” (Wilk trzymający sztandar) stał się hołubionym tutaj symbolem. Nawet taki mały lokalik na centralnym miejscu eksponuje małą figurkę tegoż właśnie wilka.

Jak już wspomniałem wcześniej. W tym rejonie Turcji, czyli południe. Na północ od znanej wszystkim miejscowości Antalya, wilki są wszechobecne. Żywych niestety nie widziałem 😉

Następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż na południe w kierunku miasta Antalya, ale o tym już opowiem w kolejnym tygodniu 😉
Tymczasem zapraszam do galerii, po nową porcję zdjęć oraz filmów. Zachęcam również do serwisu YouTube. Tam poszukajcie kanału Motopisarz i cieszcie się widokami oglądając filmy 360 w jakości 4K.
Pogoda wreszcie zaczęła dopisywać, więc życzę Wam Moi Drodzy wspaniałego weekendu najlepiej na świeżym powietrzu 😉
LwG 🤘
