Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 3

Witajcie Moi Drodzy!

Nowy dzień, czyli kolejny przygody. Nie da się nie kochać takiej formy wypoczynku 😉 Spokojnie! Rozumiem, że nie każdemu to pasuje, ale ja tak właśnie mam. Uwielbiam to uczucie, które wielu przeraża. O czym mówię? Właśnie o braku planu. O wolności jaką w takich chwilach czuję. Początek dnia, a ja mam motocykl oraz chęć przeżycia przygody. Niczym samotny jeździec oddalający się w kierunku zachodzącego słońca na starym westernie, ja również dosiadam swojego rumaka. Cóż z tego, że mechaniczny. To jest również romantyczne, gdyż jadę przed siebie. Tego ranka po prostu na południe. , W poszukiwaniu nowych fascynujących doświadczeń, śniadania no i oczywiście jakiegoś mechanika, co by wreszcie ogarnąć Gosi motocykl.

Chciałbym napisać, że kierunek drogi wybrałem kierując się aromatem świeżo zaparzonej kawy, który ledwo wyczuwalny unosił się w powietrzu kusząc obietnicą głębi smaku. Byłoby to wprawdzie dość poetyckie i chyba nieźle nadawałoby się do którejś z moich książek, lecz byłaby to nieprawda. Ta była niestety dość prozaiczna. Obrałem drogę na Izmir. Pierwszy powód był taki, że chciałem odwiedzić to miasto. Drugi zaś, to taki, że jest tam serwis CF MOTO.

Przejechaliśmy kawałek drogi nim wjechaliśmy na autostradę. Wtedy mi się przypomniało, że należy wykupić kartę HGS, czyli odpowiednik naszej winiety autostradowej. Nie uśmiechało mi się płacić grzywny za jej brak, więc zjechałem na przyzwoicie wyglądającą stację paliw w celu dokonania owej płatności. Nic nikomu nie ujmując, nie udało mi się dogadać z obsługą stacji. Dopiero po uruchomieniu translatora i przetłumaczeniu sprawy na turecki otrzymałem odpowiedź, że za 17 km po prawej będzie stacja, na której załatwię sprawę. Podziękowałem i pojechałem dalej. Jak się można było spodziewać, żadnej stacji nie było. Po przejechaniu kolejnych kilkunastu kilometrów zatrzymałem się na parkingu kolejnego przybytku serwującego paliwo. Efekt był ten sam, co na poprzedniej z tą małą różnicą, że tym razem skorzystałem z toalety 😊 Obsługa jednak starała się jakoś pomóc i po moim wyjściu z „zaplecza” czekał już na mnie człowiek, który komunikował się w miarę sensownie po angielsku. Wyjaśnił mi, że przejazdy za autostrady w Turcji opłacę w miejscu zwanym PTT. Użyję specjalnie zapisu fonetycznego, gdyż tylko w ten sposób zrozumiecie, w jaką konsternację mnie gość wprowadził. Uwaga. Pititi! Podziękowałem grzecznie i stwierdziłem, że z pustym żołądkiem tego nie ogarnę. Obok był mały lokal gastronomiczny, więc postanowiliśmy zjeść śniadanie.

Nie wiem co zamówiłem, bo wybierałem na chybił trafił. Jak już wiecie lubię niespodzianki w kwestii jedzenia. Prócz kawy, która była rozmyślnym wyborem, postawiono przede mną jajecznicę z jakimś mięsem. Nie potrafiłem go rozpoznać, lecz muszę przyznać, że było smaczne. Do tego, jak widzicie moje ulubione ostre papryczki. Oni naprawdę podają je do wszystkiego. Mniam!

Porcja nie była zbyt duża, ale już z głodu nie umierałem. Dosiedliśmy maszyny i ruszyliśmy w obranym z rana kierunku. Zatrzymaliśmy się na bramkach przy autostradzie w celu pobrania biletu. Pech – chociaż jak się później okazało było zupełnie przeciwnie – chciał bramka była uszkodzona. Automat nie chciał wypluć biletu. Walczyłem przez dłuższą chwilę, lecz bez rezultatu. Zastanawiałem się co zrobić, bo ciężko będzie się wytłumaczyć na zjeździe z autostrady, że nie mam biletu. Już mieliśmy odjeżdżać, gdy podjechał inny motocyklista i tak samo jak ja przed chwilą walczy z maszyną wydającą bilety. Podszedłem do niego i mówię, że jest zepsuta i chyba musimy jechać. Walczył jeszcze przez chwilę, jakby nie rozumiał co mówię. Poddał się wreszcie i gestem pokazał, aby jechać. Wsiadłem na maszynę i ruszyłem w dalszą drogę. Szybko dogoniłem gościa, a właściwie wyprzedziłem. Zniknął mi z pola widzenia w lusterku, aby po chwili mnie wyprzedzić. Tak się bawiliśmy, wyprzedzając się nawzajem kilka razy. W pewnym momencie miast mnie znów wyprzedzić zrównał się ze mną wykorzystując język motocyklistów (migowy oczywiście) zaproponował kawę. Czemu nie pomyślałem i potwierdziłem odpowiednim jestem. Za mną pokazał i objął prowadzenie. Pojechałem za nim. Grupę zamykała Gośka. Po kilkudziesięciu kilometrach zjechaliśmy na stację. Szybkie tankowanie, przy okazji. Niestety Gośki motocykl nie dał się postawić normalnie, więc musiałem go przeprowadzić i oprzeć o ścianę, jak rower. Nasz nowy znajomy, a raczej wtedy jeszcze nieznajomy zainteresował się moimi poczynaniami i przyglądał zaciekawiony. Próbowałem mu wytłumaczyć, dlaczego tak robię. Nie zrozumiał. Pokazałem zatem palcem w czym jest problem. Zmarszczył czoło i zaprowadził nas do baru, w celu zakupu kawy. Nie pozwolił za nią zapłacić. Dlaczego? O tym za chwilę. Siedliśmy przy stoliku zaczynamy rozmawiać. To znaczy ja gadałem, a on kiwał głową. Widzę, że delikatnie mówiąc średnio mnie rozumie, odpaliłem w komórce translator. Dzisiejsza technologia niesamowicie ułatwia życie 😉 Przedstawiłem siebie oraz Gośkę. Okazało się, że ma na imię Mikael i mieszka w Izmirze. Łatwo zapamiętać, pomimo mojego gigantycznego antytalentu do zapamiętywania imion, gdyż mój brat ma takie samo imię. Jak mu powiedziałem, że prócz zwiedzania jego rodzinnego miasta będę szukał mechanika, od razu chwycił za telefon. Wykonał kilka połączeń. Czekałem cierpliwie, aż załatwi swoje sprawy, w międzyczasie poszukując serwisu motocyklowego. Szybko okazało się, że Mikael załatwia sprawy nie swoje, lecz moje. Umówił nas do mechanika i obiecał nas tam zaprowadzić. Rozbawiła mnie szczerze mówiąc wygłoszone przez niego kwestia, iż turecki mechanik z reguły dużo kasuje, ale kiepsko wykonuje swoją pracę. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi i ugryzłem w język, aby nie skomentować swoim zwyczajem. Dopiliśmy kawę i ruszyliśmy do Izmiru do warsztatu.

Teraz już się mogę przyznać do czegoś. Z początku się ucieszyłem, że ktoś z lokalsów mi pomoże. Wiadomo, że ze swoim inaczej będą gadać niż z turystą. Niemniej jednak gdy już wjechaliśmy do miasta i zaczęliśmy zjeżdżać w coraz to bardziej odległe zakątki zacząłem się niepokoić. Kolejne skrzyżowanie i coraz bardziej wąskie uliczki. Szczerze mówiąc coraz biedniejsze dzielnice. Mało ciekawa okolica. To bez wątpienia wina mojej bujnej wyobraźni, lecz już przed oczyma miałem wizję, że zostaniemy zaprowadzeni na jakieś blokowisko. Pomiędzy blaszane, zardzewiałe garaże i otoczy nas zgraja dresów z pałami, łańcuchami i cholera wie w co jeszcze uzbrojona. W najlepszym wypadku – myślę sobie – puszczą nas w samych gaciach. Zostaniemy bez motocykli, paszportów, kasy. Jak to się mówi goli i weseli, jak dobrze pójdzie. Na szczęście nie miałem sparowanego interkomu z moją towarzyszką podróży, więc nie mogłem się z nią podzielić swoimi domysłami.


Nawet nie wiecie, jak mi ulżyło, jak podjechaliśmy pod garaż z napisem CF MOTO. Teraz mi wstyd, że coś takiego w ogóle mi przyszło do głowy. Niemniej jednak musicie przyznać, że ów scenariusz mógł być wielce prawdopodobny. Resztek wątpliwości wyzbyłem się po wejściu do środka.


Praktycznie wszystkie pojazdy wewnątrz to były policyjne quady oraz motocykle. Oczywiście Mikaelowi nie przyznałem się do swojego głupiego pomysłu i mam nadzieję, że nigdy się o nim nie dowie. Ten gość był na tyle miły, że rozmówił się w moim imieniu z mechanikiem. Nie dość tego, jeszcze wynegocjował dobrą cenę za usługę. Wymiana kosy miała kosztować 90 euro, a usługa miała zostać wykonana w dwie godziny. Rewelacja!

Mikael zaproponował, aby pójść w tym czasie na obiad, aby nie czekać w warsztacie. Skorzystaliśmy z uprzejmości obsługi i pozostawiliśmy na miejscu kaski, kurtki oraz wszystko to co było nam zbędę w czasie spaceru. Nasz przewodnik zaprowadził nas w boczną uliczkę do małej knajpki z super jedzeniem. Jeżeli śledziliście moją podróż na FB, to mieliście okazję zobaczyć rolkę z tego posiłku.

Jakby ktoś z Was miał wątpliwości, kto jest kto, to przedstawiam. Blondynka w fiolecie to Gośka. Sympatyczny gość w polo i z wąsem to właśnie Mikael, a tez zarośnięty menel to ja.

Zjedliśmy przepyszny obiad. Typowo lokalna kuchnia. Tu właśnie po raz pierwszy spotkałem się z tym, że zielenina – sałata, pietruszka – podawane do obiadu skrapia się cytryną, a nie octem, jak u nas. Genialne połączenie. Spróbujcie. Chciałem tego nie robić, ale co tam. Narobię Wam smaka!

Genialnie przyrządzona jagnięcina na pieczonym chlebie z dodatkiem jogurtu. Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka. Do picia oczywiście Ayran.

Po obiedzie o mało się nie pokłóciłem z Mikaelem. Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo nam pomógł, ale uparł się, że koszt obiadu leży po jego stronie. Nie było mowy, abym to ja zapłacił. Jesteście moimi gośćmi! Mówił. Mam obowiązek pomóc! Takie są wymogi mojej religii. Głupio mi było, lecz ostatnią rzeczą jakiej chciałem było urażenie mojego nowego przyjaciela. Poświęcił swój czas, aby nam pomóc i jeszcze to? Niesamowite! U nas w Polsce nie do pomyślenia.

Wróciliśmy do warsztatu. Mechanik potrzebował jeszcze trochę czasu, więc Mikael zaprowadził nas do salonu motocyklowego nieopodal, abyśmy mogli poczekać w komfortowych warunkach. Tam obsługa sklepu ugościła nas rozmową, kawą parzoną po turecku oczywiście. Nasz przyjaciel przeprosił, że nas zostawia, lecz wzywały go obowiązki. Pożegnaliśmy się na modłę turecką, czyli imitując pocałunek w dwa policzki, lekko dotykając się czołami. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do odebrania motocykla, więc poszedłem nieco pozwiedzać. Zawędrowałem na lokalny cmentarz, który mnie zauroczył swą odmiennością nagrobków, w stosunku do tego, co znam.

Po więcej zdjęć zapraszam do galerii. Tutejsze nagrobki zrobiły na mnie niesamowite wrażenie, gdyż niektóre przypominały bardzie dzieła sztuki, niż sarkofagi. Odmienność kulturowa jest fascynująca!

Ubawiły mnie serdecznie paputki na koła w salonie 🤣😂

Po wypiciu trzeciej kawy otrzymaliśmy wreszcie wiadomość od obsługi, że motocykl jest gotowy do odbioru. Podziękowaliśmy za gościnę i poszliśmy do warsztatu, który był na ulokowany ze 300 metrów dalej.

Na miejscu przeżyłem prawdziwy szok. Ustalone było, że koszt naprawy, czyli części + robocizna to będzie 90 euro. Po sprawdzeniu, że wszystko z motocyklem jest jak być powinno wręczam głównemu mechanikowi banknot o nominale 100 euro. Oczywiście nie chcę reszty. Szybka i sprawna robota, więc mały bonus się należy. I tak jest tanio. A on do mnie, że za dużo. Szok i niedowierzanie? Jak to za dużo?!? Za mało, to bym jakoś zrozumiał, bo to niemal norma u nas. A on nie. Za dużo! Ile ma być zatem, pytam, a on mi pokazuje na kalkulatorze, że 50. Euro? Dopytuję? Tak! Na pewno? Tak!

Niewiarygodne! Cena była ustalona przed wykonaniem usługi. Dałem mu 60 euro i serdecznie podziękowałem. On zadowolony. Ja tym bardziej! Czy coś takiego jest możliwe w Polsce? Chyba nie!

Podziękowałem za pomoc. Ubraliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę? Dokąd? Nieopodal był Efez, a w nim świątynia Artemidy! Wybór kolejnego miejsca postoju wydawał się oczywisty. Film z przejazdu przez Izmir oraz zwiedzania owej świątyni można obejrzeć w formacie 360 stopni na moim kanale na YouTube. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Motopisarz i wybrać odpowiednie nagranie.

Niedługo potem dotarliśmy do Efezu. Przepiękna miejscówka warta odwiedzenia. Na miejscu kolejny szok! Znane miejsce. Mnóstwo turystów, bo przyjeżdżają całe autokary z wycieczkami, aby zobaczyć to miejsce, a tam żadnej kasy. Żadnych biletów. Po prostu idziesz i zwiedzasz! Niewiele pozostało z tej świątyni, lecz świadomość, że kilka tysięcy lat temu zbierali się tu ludzie i oddawali cześć bogini robi niesamowite wrażenie. Tu naprawdę można dotknąć starożytności. W przenośni oraz dosłownie!


Prócz samej świątyni, która jest główną atrakcją tego miejsca jest również wiele ciekawych miejsc w mieście. Nie czuje się w tym miejscu, że jest to tylko atrakcja turystyczna. To piękne miasto. Jeżeli będziecie w okolicy, koniecznie tu zawitajcie. Naprawdę warto. Można tu spotkać wiele ciekawych stworzeń. Chociażby żyrafy albinosy…


czy takie jakieś mutanty jak ten tu oto uwieczniony na zdjęciu

Nim opuścimy to fascynujące miejsce podzielę się z Wami pewnym faktem, który udało mi się dostrzec. Mowa o otwieraniu nowego lokalu handlowego. Mówiąc wprost sklepu, najprawdopodobniej z pamiątkami dla turystów w postaci magnesów, obrazków itp. Nie ma znaczenia co będzie w przyszłości oferował zajmujący ów lokal sklepikarz. Zafascynował mnie pewien szczegół. Otóż byłem świadkiem, jakiegoś obrzędu, którego niestety nie rozumiem. Mogę się jedynie domyślać, lecz pozostawię te myśli dla siebie, dzieląc się z Wami faktami. Otóż, na progu sklepu, a konkretnie przed wejściem przy pomocy noża została zarżnięta kura, a jej krwią umazano podest prowadzący do lokalu. Zabobon? Rytuał religijny? Nie wiem, lecz było to naprawdę intrygujące.

Podróż tego dnia zakończyliśmy w mieście Aydin, w pięknym hotelu przypominającym średniowieczne zamki rodem z powieści o błędnych rycerzach. W tym tez mieście miałem okazję po raz pierwszy skosztować Lachmacum zakąszanym świeżą pietruszką skropioną cytryną. Coś fantastycznego!

Z racji tego, że się rozpisałem zmuszony jestem zakończyć ten wpis. Obiecuje jednak, że za tydzień dostarczę Wam Moi Drodzy kolejnych opowieści z podróży po magicznej Turcji 😉

LwG i do następnego piątku

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry