Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 1

Witajcie Moi Drodzy!

Miło zasiąść przed klawiaturą i znów zacząć pisać do Was. To swego rodzaju list. Takowych już nikt praktycznie dziś nie kreśli. Świat rozwinął się niesamowicie szybko w kierunku technologii cyfrowej. Dzięki niej korespondencja jest szybsza, łatwiejsza oraz wygodniejsza. Trudno zatem się dziwić, że porzuciliśmy relikt przeszłości w postaci pióra oraz papieru, aby przekazywać sobie nawzajem wieści. Niemniej jednak prowadzenie bloga, jest jak już wspomniałem swoistą formą listu adresowanego do wielu odbiorców. W tym przypadku moich czytelników i muszę przyznać, że świadomość, iż będziecie czytać te słowa (mam nadzieję z ciekawością oraz zainteresowaniem) sprawia mi przyjemność.

Cieszę się, że mogę się z Wami podzielić wspomnieniami, przemyśleniami, a także ciekawostkami z mojej wędrówki motocyklowej po przepięknej, fascynującej Turcji.

Każda wyprawa, czy to motocyklowa, piesza, czy jakakolwiek inna rozpoczyna się od pojawiającej się w głowie podróżnika idei. Niezbędna jest myśl, która działa niczym iskra padająca na suche runo leśne, powodując pożar. Tym łatwopalnym materiałem w moim przypadku jest nieodparta chęć poznawania świata. Nie potrafię, ale chyba lepszym będzie stwierdzenie, że nie chcę się mu oprzeć. Wychodzę z założenia, że to co zobaczę, czego doświadczę, co poznam pozostanie ze mną do końca życia. Tego nikt mi nie zabierze, w przeciwieństwie do dóbr materialnych. Ktoś woli mieć nowy samochód, większy telewizor, a ja wolę eksplorować świat.

Jak, co roku na wiosnę staram się gdzieś pojechać. Oczywiście motocyklem. Jest kilka powodów takiego wyboru terminu wyjazdu. Pierwszy z nich i chyba najbardziej oczywisty, to taki, że po kilku miesiącach jesieni i zimy, człowiek jest niesamowicie wytęskniony za jazdą jednośladem. U nas w kwietniu jest jeszcze zimno, a bywają nawet lata, że jeszcze pada w tym okresie śnieg. Za to na terenach położonych na południe od nas temperatura oscyluje w granicach minimum dwudziestu stopni, więc są idealnie do jazdy. Drugi powód, o którym nie każdy pomyśli to brak sezonu turystycznego. Ten rozpoczyna się wraz z nadejściem długiego weekendu majowego. Wtedy zaczynają się pojawiać wszędzie tłumy ludzi, a wraz z nimi wzrastają ceny za wszystko. Począwszy od noclegów, przez koszty strawy, na magnesach kończąc. Wyjazd przed rozpoczęciem sezonu oznacza zatem spokój oraz niższe koszty podróży. Po trzecie, biorąc urlop w tym okresie nie mam większego problemu z ustaleniem terminu wolnego w pracy, bo każdy nastawia się na wypoczynek w środku sezonu 😉

Zawsze staram się wybrać miejsce, a przynajmniej kierunek, w którym mnie jeszcze nie było. Jest przecież tyle miejsc do zobaczenia, a czasu tak mało. Nie chcę zatem wracać tam, gdzie już byłem.

Tym razem wybór padł na Turcję. Byłem tu wprawdzie siedem lat temu, ale tylko na weekend i tylko w Stambule. Byłą to wspaniała wyprawa z Myszką i Jerzykiem, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.

Kierunek został ustalony, więc teraz można było przejść do kolejnego etapu, a raczej kilku. Pierwszy z nich to planowanie trasy przejazdu. Mniej więcej oczywiście, bo nie lubię trzymać się sztywno planu. Dzięki temu mam pełna swobodę, gdy chcę zboczyć z trasy, bo coś wartego zobaczenia wpadnie mi w oko lub co najczęściej się zdarza w moim przypadku, ktoś z lokalsów podpowie mi o miejscu, które warto zobaczyć. Tak było również i tym razem, ale o tym za chwilę. Dwa miejsca, które były moimi priorytetami to Pamukkale oraz Kapadocja.

Termin również został wybrany, czyli druga połowa kwietnia. Pozostało już tylko i aż zebrać ekipę na wyjazd. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, na hasło „Motocyklowy wypad – Turcja” był tabun chętnych. Kiedyś jeszcze wierzyłem, że pojedzie dużo ludzi. Doświadczenie mnie jednak nauczyło, że chęci zawsze mają wszyscy. Dokładnie tak samo, jak przysłowiowy słomiany zapał. Niestety, gdy zaczyna się rozmawiać o szczegółach, to ten nie może. Temu termin nie pasuje. Dla kolejnej osoby z kolei za daleko lub za dużo kilometrów. A jeszcze inny nie da rady, bo go plecy bolą. O innej części ciała nie wspominając 😉

Standard. Nie robi to już na mnie wrażenia. Na kilka miesięcy przed wyprawą – tak, tak, takich rzeczy nie planuje się tydzień przed! – ukształtował się ostateczny skład wyprawy. Prócz mnie swoją obecność zadeklarowała Gosia oraz Majkel. Z Gosią się praktycznie nie znaliśmy wcześniej. Do kumpela mojego przyjaciela Adiego, który nie mógł pojechać ze względu na konieczność sprawowania opieki nad małoletnią córką. I to nie była wymówka, lecz fakt. Majkel z kolei to mój dobry kompan, z którym ostatnią wspólną motocyklową eskapadę odbyliśmy w 2025 roku, objeżdżając z chłopakami w pięciu Maroko. Jeżeli czytacie mojego bloga to wiecie, a jeżeli nie to zapraszam do wcześniejszych wpisów.

Wszystko ustalone, więc pozostało oczekiwanie na termin wyjazdu. Oczywiście wcześniej trzeba było ogarnąć formalności w postaci wyrobienia paszportu w przypadku Małgorzaty, a poza tym każdy z nas musiał przygotować sprzęt do podróży. Ogarnąć ubezpieczenia no i finanse. Nie da się inaczej. Okres zimowy upływał w oczekiwaniu na kwiecień oraz snuciu planów związanych z wyjazdem. Minął nowy rok. Nadeszły ferie. Super. Coraz bliżej nowej przygody, lecz jak to w życiu bywa wraz coś musiało się zepsuć, zęby nie powiedzieć inaczej. Wraz początkiem ferii zimowych dotarła do mnie przykra wiadomość. Otóż Majkel pojechał na narty z rodziną i jego popisy akrobatyczne na stoku zakończyły się kontuzją w postaci złamanej ręki. Na szczęście zuch już powrócił do zdrowia i nawet wypuszcza się na krótkie wypady motocyklem wokół komina. Niestety z wyprawy do Turcji musiał zrezygnować. Pozostaliśmy z Gosią we dwójkę.

Było mi smutno z powodu kamrata w tarapatach oraz wizji braku jego towarzystwa, gdyż zacny z niego kompan w podróży. Lecz cóż? Życie. Jestem pewien, że jeszcze nie jedna wspólna motocyklowa eskapada przed nami. Prawda Majkel?

Wracając jednak do tematu. Skład zespołu został zredukowany do dwóch osób, a zatem i dwóch motocykli. Tym samym koszty wynajmu busa znacznie wzrosły na osobę. Przeprosiłem Dawida (właściciel wypożyczalni samochodów) za zaistniałą sytuację i odwołałem rezerwację samochodu. Na dwa jednoślady wystarczy przyczepka. W ten sposób od początku planowałem dojechać do Bułgarii.

Dlaczego nie na kołach? Z kilku powodów, ale dwa są najważniejsze. Pierwszy, to pogoda o której już wspominałem, więc nie będę się powtarzać. Drugi to czas przejazdu. Odległość ode mnie z domu do granicy Bułgarsko-Tureckiej to nieco ponad 2000 km. Samochodem da się to przejechać w około dobę. Motocyklem jadąc nawet po 700 km dziennie, co jest bardzo wyczerpujące i nie każdy podoła tak jechać przez kilka dni z rzędu, to czas przejazdu 3 dni. Licząc czas powrotu trzeba pomnożyć te wartości przez dwa. Zatem jadąc busem droga tam i z powrotem to dwa dni. Motocyklami sześć. Rachunek jest prosty. Pakując motocykle na samochód lub przyczepkę, mamy dodatkowe cztery dni na jazdę, w tym przypadku po Turcji. Myślę, że więcej nie trzeba wyjaśniać.

Nowy plan został ustalony i pozostało nam tylko czekać na dzień wyjazdu. Przyczepkę na dwa motocykle planowałem pożyczyć lub zakupić, traktując to jako inwestycję pod przyszłe wyprawy. Na dwa tygodnie przed wyjazdem mój dobry przyjaciel Kamil kupił busa i zaoferował użyczenie go na wyprawę. Nomen omen również motocyklista. Niestety pomimo dużych chęci nie mógł z nami się wybrać w podróż, gdyż doznał wypadku w pracy i uszkodził rękę. Poważna kontuzja. Na szczęście i on już wraca do zdrowia. Wiem, wiem. Jeden złamał rękę, drugi również. Brzmi, jak fragment kiepskiego kryminału, ale taka jest prawda. Tak, czy inaczej dzięki Kamilowi zaoszczędziłem sporo gotówki na wynajmie samochodu lub zakupie przyczepki. Dzięki Brachu 🤘

Wielkimi krokami zbliżał się dzień wyjazdu. Gosia przyprowadziła swój motocykl do mnie do Wąbrzeźna tydzień wcześniej, aby na spokojnie zainstalować sprzęty przed wyjazdem i nie marnować czasu na montaż na ostatnią chwilę.


Nareszcie w kalendarzu pojawiła się data 17 kwietnia. Pobudka o 4 rano. Szybka kawa i kwadrans przed 5 czekałem już na Gośkę pod jej blokiem. Wytarabaniła się z bagażami, które zapakowaliśmy do samochodu i wyruszyliśmy w drogę. Chciałem wjechać na autostradę nim rozpocznie się największy poranny ruch uliczny, a wraz z nim korki. Udało się! Wyjechaliśmy. Przez Polskę przemknęliśmy całkiem sprawnie i bez najmniejszych problemów, ani utrudnień. Podobnie minęła droga przez Czechy i Węgry. Zatrzymywaliśmy się praktycznie tylko, aby zatankować. Przy okazji napić się kawy i skorzystać, wiadomo z czego. Najszybciej było przejechać przez Serbię, więc taką drogę wybrałem. Niestety jest ona poza Unią, a co za tym idzie poza strefą Schengen. Miałem cichą nadzieję, że tym razem pójdzie sprawnie na granicy i pojedziemy dalej. Niestety jakąś godzinę jazdy od przejścia granicznego z Serbią spojrzałem w niebo i ujrzałem to.

Chmura, jak chmura powiecie. Może i tak. Ja jednak w niej dojrzałem wielkiego Fuck’a, jaki pokazał mi wszechświat. Nawet śmiałem się do Gosi, żeby zobaczyła, co sam los chce zgotować. Wtedy się śmiałem i nawet zrobiłem zdjęcie, jak widać. Chyba w złą godzinę wypowiedziałem te słowa, gdyż na granicy Węgiersko-Serbskiej czekaliśmy w kolejce sporo ponad godzinę w oczekiwaniu na kontrolę paszportową. Tam oczywiście pytania, dokąd jedziemy? Po co? A co jest na pace? Proszę otworzyć. No i się zaczęło!

Dokumenty motocykli. Sprawdzanie, czy aby nie kradzione. Dlaczego jadą, jako bagaż? I tak dalej. I tak dalej. Nie było się o co przyczepić, ale chyba moja gęba im się nie spodobała, więc dawaj na pełną kontrolę. Zmarnowane ponad dwie godziny życia. Zajrzeli wszędzie. Każdy kufer zlustrowany. Jak grzebali w naszych rzeczach, wiele z nich obwąchując niczym psy gończe – zapewne poszukiwali narkotyków, ale u Gosi znaleźli tylko herbatę w torebkach, którą oglądali bardzo dokładnie 🤣 – pomyślałem wtedy – Szkoda, że nie jesteśmy drodze powrotnej. Ciekawe, czy tak samo by chętnie wąchali moje przepocone koszulki, albo gacie przeznaczone do prania. Musiałem udawać kaszel, aby nie prowokować ich śmiechem. Nic nie znaleźli, więc pozwolili nam jechać. No cóż. Rozumiem, że to ich praca, ale i tak wkurzająca.

Nie rozumiem jednak ludzi, którzy tak psioczą na Unie i koniecznie chcą z niej wyjść. Zakładam, że są to ci, którzy nigdy nigdzie nie wyjechali poza swoją miejscowość zamieszkania, więc nie potrafią docenić braku kontroli granicznych i swobody poruszania się po świecie. Ale nie będziemy się tu bawić w politykę!

Straciliśmy sporo czasu przez te kontrole. Musiałem się zdrzemnąć, aby bezpiecznie móc jechać dalej, tym bardziej że zapadł zmrok i na dodatek padał rzęsisty deszcz. Godzinna kima w busie. Na szczęście można się było położyć, miast spać na siedząco. Potem kawa i ruszyliśmy dalej. Przez Bułgarię już poszło szybko.

Początkowo chciałem się zatrzymać w Płovdiv i tam zostawić samochód, aby dalej wyruszyć już na kołach, lecz zmieniłem zdanie z powodu wczesnej godziny i niskiej temperatury. Postanowiłem dojechać do miasta Haskovo. I tak chciałem zobaczyć to miasto. Jego historia sięga kilku tysięcy lat. Miejscowość bardzo ładna. Malownicza, szczególnie w centrum. Niestety ciężko tam manewrować dużym samochodem, tym bardziej w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania. Była sobota, więc wszystkie sklepy typu Lidl, czy Kaufland miały parkingi zagrodzone szlabanami. Oczywiście można było wjechać, ale po 90 minutach postoju należało uiścić opłatę parkingową. Chciałem pozostawić busa w takim miejscu, gdyż to sprawdzone miejscówki na bezpieczny postój. I co ważne darmowy. Było oczywiście sporo parkingów płatnych. Jednak koszt wynajmu miejsca dla samochodu tej wielkości, jakim jechałem to 20 euro za dobę. Trochę dużo, jak na pozostawienie pojazdu na dwa tygodnie.

Zjechałem zatem w boczne uliczki, które tak bardzo lubię odwiedzać w podróży. Zaparkowałem pojazd. Rozstawiłem już rampę najazdową i chciałem wyprowadzać motocykle, gdy uważniej przyjrzałem się okolicy. Nie była zbyt ciekawa. Gdyby nie fakt, że przyjechałem pożyczonym od kumpla samochodem, pewnie wzruszyłbym ramionami i go tam zostawił. Bus jednak nie należał do mnie, więc postanowiłem zmienić miejscówkę. Tak na wszelki wypadek. Przypomniało mi się, że wjeżdżając do miasta mijaliśmy jakąś dużą galerię handlową, czy coś tym stylu. Z ogromnym parkingiem. Dobra miejscówka na zaparkowanie samochodu na dwa tygodnie. Tam nie powinien nikomu zawadzać, a w dobie wielkiego brata na pewno są tam kamery. Zapakowałem więc podjazd z powrotem do samochodu i zacząłem szukać w nawigacji wspomnianego centrum handlowego. Nie było łatwo tego dokonać, gdyż w Bułgarii posługują się cyrylicą, której ja nie czytam. Inne sposoby wyszukiwania również zawodziły. Zaznaczyłem więc punkt na mapie, na tak zwany azymut i pojechałem. Nawigacja poprowadziła mnie jakimiś bocznymi drogami. Tragedia. Dziury. Szutry. Nierówności. Jednym słowem masakra! Już chciałem zawracać, gdy na ekranie pojawiła się prosta linia. Jakaś normalna droga pomyślałem, więc pojechałem dalej. Faktycznie udało się wyjechać na jakąś przelotówkę. Po kilkuset metrach po prawej stronie ujrzałem spory parking i wielki napis „Haskovo Riders MCC”. Ucieszyłem się! Klub motocyklowy. Dużo miejsca, aby pozostawić auto i na pewno nie odmówią innym motocyklistom możliwości pozostawienia samochodu na kilka dni. Na czas objazdu sąsiedniego kraju.

Zaparkowałem. Poszedłem się przywitać, lecz wszystko zamknięte na głucho. Trudno – pomyślałem. Wróciłem do busa, aby wypakować motocykle i wyruszyć wreszcie we właściwą podróż. Po otwarciu tylnych drzwi załamka! Jeden z motocykli leży. Kosa się złamała, a przecież jeszcze kilkanaście minut wcześniej, w mieście wszystko było dobrze. Chmura z palcem stanęła mi przed oczami. Zakląłem siarczyście niczym Bosman na statku, widząc nadciągający sztorm.

Cóż było robić? Poddać się? Nigdy! Podnieśliśmy sprzęt. Wyprowadziliśmy z busa. Nie można było go postawić, więc chwila zastanowienia. Co robić dalej? Podprowadziłem maszynę pod budynek i oparłem o murek. Wyprowadziliśmy drugi motocykl. Po oględzinach okazało się, że kosa jest złamana, ale poza tym nie ma żadnych innych szkód. Motocykl odpala, więc da się jechać. Super! Zatem damy radę! Tylko trzeba jakoś odgiąć złamaną kosę. Gołymi rękoma nie da rady.

Przebraliśmy się z Gosią w ciuchy motocyklowe i zapakowaliśmy bagaże na motocykle. W międzyczasie przyjechał ktoś z klubu. Ni w ząb po angielsku. Na migi też ciężko było się dogadać, bo gość jakiś wycofany. Od razu złapał za telefon i gdzieś dzwoni, a ze mną w ogóle nie chciał gadać. Trudno. Wróciłem do swojej roboty, a Gosia próbowała wydzwonić ubezpieczyciela. Na szczęście miała wykupione AC. Jak się finalnie okazało, można było sobie to ubezpieczenie nie powiem w co wsadzić, gdyż nikt nie odbierał telefonu. Sobota popołudniu, wszyscy mają wolne! Jak już jakaś babka odebrała, to podała nam inny numer pod który mamy dzwonić i jej dupy nie zawracać, bo ona podając nowy namiar swoje już zrobiła i bezczelnie się rozłączyła. Dopakowaliśmy resztę gratów na motocykle, postanawiając ogarnąć temat na własną rękę, a rozliczeniem z ubezpieczalnią zająć się po powrocie. Szkoda było czasu na siedzenie na czterech literach i użalanie się nad sobą.

W międzyczasie pod klub zaczęli zjeżdżać się inni motocykliści. Członkowie klubu, których wydzwonił ten nieśmiały. Sympatyczny chłopak, tylko się zestresował, że nie może się ze mną dogadać. Ciężko było się z kimkolwiek dogadać, bo angielski w ich wykonaniu był jeszcze gorszy niż w moim, a wydawało mi się, że to niemożliwe 🤣. Jeden trochę mówił, więc coś tam zrozumiał. Wybrał numer na komórce i wrzucił na głośnik. Odezwał się męski głos, który po dwóch zdaniach zamienionych ze mną, przeszedł na płynny polski. Wyjaśniłem szybko w czym problem, a on przetłumaczył wszystko na bułgarski. Niestety było sobotnie popołudnie, więc nie było szans na mechanika. Poprosiłem więc, aby powiedział chłopakom, że potrzebuję długą rurę oraz młotek.

Byli trochę zdziwieni, ale szybko ogarnęli temat. Pokazałem im palcem co się zepsuło i jaki mam pomysł na ogarnięcie tematu. Szybko załapali, że chcę użyć rury, jako dźwigni, aby odgiąć złamaną stópkę. Dzięki temu możliwa była jazda motocyklem. Pomogli i po minucie byliśmy praktycznie gotowi do drogi. Problemem pozostawało oczywiście parkowanie motocykla. Uznałem, że szkoda tracić czasu przeznaczonego na wyprawę, więc wyruszamy. Do czasu znalezienia mechanika, który ogarnie temat będziemy parkować motocykl opierając go o ścianę niczym rower. Pomysł zadziałał i korzystaliśmy z niego przez 3 kolejne dni.

Ekipa z klubu prócz pomocy w „naprawie” motocykla uraczyła nas kawą. Udostępnili nam łazienkę, abyśmy mogli umyć ręce oraz obiecali przypilnować samochodu od czasu naszego powrotu. W podziękowaniu zostawiłem im butelkę naszej dobrej, czystej wódki, która miała być na wieczór, gdyż tylko to miałem w bagażu.

Zrobiliśmy wspólną fotkę oraz zrobiliśmy „miśka” z ekipą, po czy ruszyliśmy w stronę Turcji, a dokładnie miasta portowego Tekirdag, gdyż tam mieliśmy zabukowany pierwszy i jedyny nocleg.

Dojechaliśmy na miejsce wieczorem, bez kłopotu. Zostawiliśmy graty w hotelu i poszliśmy do restauracji hotelowej na kolację. Zgodnie z sugestią ze strony obiektu, dwa dni wcześniej wysłałem do nich email. Przy użyciu translatora przetłumaczyłem na turecki, aby było im miło. W liście tym poprosiłem o rezerwację stolika na dwie osoby oraz przygotowanie kolacji.

W restauracji były pustki. Praktycznie nikogo poza nami nie było. Obsługa dwa słowa na krzyż po angielsku. Gosia wzięła herbatę, ja lokalne piwo i czekamy na jedzenie. Czekamy, czekamy. Wypiłem piwo, chociaż nie jest to mój ulubiony napój i będąc już solidnie głodny zapytałem kelnera o swoje zamówienie. Ten się jąkał coś niezrozumiale i zawołał gestem kolegę. Z tym co przyszedł dało się już trochę dogadać. Tylko na tyle, żeby się dowiedzieć, iż jedzenia nie ma. Zapłaciłem za napoje i nie chcąc robić awantury poszliśmy na miasto w poszukiwaniu jakiejś knajpy.

Niespodzianka! Wszystko zamknięte albo nieczynne, bo jeszcze sezon turystyczny się nie zaczął. Zanuciłem pod nosem piosenkę zespołu Wiślanie 69 – Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda…. Roześmialiśmy się i poszliśmy dalej. Znalazłem wreszcie jakiś punkt otwarty, ale z chłopaczkiem, który był w środku znów nie szło się dogadać. Muszę przyznać, że był bardzo grzeczny i starał się na wszelkie sposoby pomóc. Na migi pokazał, że dzwoni po kogoś i aby poczekać kilka minut. Nie specjalnie mieliśmy wyjście. Wszystko zamknięte, a ja już umierałem z głodu. Faktycznie po kilku minutach podjechał młody mężczyzna na skuterze. Uśmiechnięty i od razu wskoczył za ladę. Jedyne, co mógł zaoferować do jedzenia to „Cig Kofte”. Oczywiście od razu nas poczęstował. Turcy są bardzo gościnny i pomocni. Muszę przyznać, że było to nawet smaczne. To tradycyjne tureckie danie przygotowywane z surowego mięsa serwowane z liściem sałaty, cienkiego ciasta, podobnego do naleśnika oraz gęstego, słodkiego sosu, na bazie miodu.

Wziąłem porcję na wynos, aby dotrwać do śniadania. Zjadłem w hotelu. Gosi wystarczyły ciastka, które miała w swoim bagażu 😉 Muszę przyznać, że było to zaskakująco sycące. Zjadłem raptem połowę i już miałem dość.

Śniadanie we wspomnianej już hotelowej restauracji wynagrodziło brak wieczornego posiłku. Szwedzi stół, świetnie zaopatrzony pozwolił nam się najeść do syta, przed wyruszeniem w drogę. Nim wsiedliśmy na motocykle zanurzyłem dłoń w Morzu Marmara, aby odnotować swoją obecność w tym miejscu.

To koniec części pierwszej, lecz nie martwcie się. Ciąg dalszy nastąpi 😉

Obiecałem niespodziankę, a więc oto i ona. Podaję link do filmu 360 ukazującego fragment miasta Tekirdag. LINK Jeżeli będziecie go oglądać na telefonie komórkowym obróćcie się z nim w dłoni na boki. W górę oraz w dół, aby zobaczyć wszystko dookoła, jakbyście byli tam ze mną. Jeżeli oglądacie ten film na komputerze, możecie „obracać się” za pomocą myszki.

W kolejnych częściach tego reportażu (kolejne odcinki co tydzień) będę udostępniać Wam linki do kolejnych tego typu filmów, abyście mogli się poczuć, jakbyście jeździli lub spacerowali ciekawych miejscach w Turcji wraz ze mną. Będę je oczywiście opisywał zgodnie z chronologią wydarzeń.

Dla niecierpliwych w galerii zamieściłem zdjęcia, oczywiście wiele z nich nie było publikowanych ani na fb, ani na insta. Są tam również linki do kilkunastu filmów 360, o których wspomniałem. Mam nadzieję, że się Wam spodobają.

Dajcie proszę znać w komentarzach.

Tymczasem LWG! 🤘

1 komentarz do “Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 1”

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry