Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 2

Witajcie Moi Drodzy!

Poprzedni wpis zakończyłem na momencie przywitania się z morzem Marmara. Szczerze mówiąc przed rozpoczęciem przygotowań do tej wyprawy nawet nie wiedziałem, że takowe w ogóle istnieje. Tym bardziej miło było, tam być. To była pierwsza noc w Turcji. Nadal jednak jeszcze w Europie.

Plan dnia był następujący. Przeprawić się przez cieśninę Dardanele i zawitać wreszcie do Azji. Powiem Wam, że to fajne uczucie, gdy ma się świadomość podróżowania motocyklem po innym kontynencie, niż dotychczas. Oczywiście do tej pory głównie była Europa. To logiczne. Przecież na tym kontynencie żyję i mieszkam. W 2025 roku odbyłem cudowną podróż po Maroko, a więc była Afryka. Teraz nadszedł czas na Azję, a konkretnie Turcję. W takich chwilach, gdy wkraczam na nowy ląd, zawsze pojawia mi się w głowie pewna myśl. Mianowicie – Są jeszcze cztery kontynenty, po których jeszcze nie jeździłeś motocyklem! Natychmiast również pojawia się odpowiedź, zupełnie jakbym prowadził wewnętrzny dialog sam ze sobą– Nie wszystko na raz! Zakończ tą przygodę, nim rozpoczniesz planowanie kolejnej 😉

Tak! Plan, a raczej pomysły na przyszłość są ambitne. Bliższą lub dalszą, ale przecież od tej jednej myśli wszystko się zaczyna. Pozostawmy jednak ową ideę na inną okazję i powróćmy do relacji z wędrówki po Turcji.

Po śniadaniu wsiedliśmy na motocykle i w pełnym słońcu wyruszyliśmy na południe w kierunku Canakkale. Specjalnie dla Was nagrałem krótki film 360 z początku tej drogi – https://www.youtube.com/watch?v=Rr5_ki9bH70. 360 to nie jest nazwa, lecz forma rejestracji obrazu. To dosłownie nagranie wszystkiego dookoła mnie. Oglądając ten, czy pozostałe filmy (nowy kanał na YT – Motopisarz) na telefonie komórkowym można obracać się w dowolnym kierunku patrząc na ekran. Obraz będzie się przesuwał, tak jakbyście tam byli i oglądali wszystko na własne oczy. Niezależnie więc, czy obrócicie się w prawo, w lewo, w górę, czy w dół będziecie mogli zobaczyć wszystko. Oglądanie na laptopie lub komputerze stacjonarnym również tak działa, lecz obraz trzeba przesunąć za pomocą kursora sterowanego myszką lub klawiatury. Polecam! Jestem pewien, że Wam się spodoba 😉

Wracając jednak do tematu. Cieśninę pokonaliśmy przejeżdżając przez most. Fantastyczne uczucie, gdy ma się świadomość podróży motocyklem z jednego kontynentu na drugi. Na kołach!

Po przejechaniu raptem 150 km zatrzymaliśmy się na małą kawę. Niby nic. Mała czarna, lecz kawa parzona po turecku to coś wspaniałego. Doceniam takie chwile, tym bardziej że jestem kawoszem. My teoretycznie również parzymy kawę w podobny sposób, lecz to nie to samo. Ponadto miejsce picia mojego ulubionego napoju dodaje magii, tej chwili relaksu. Z racji tego, że była to niedziela kelner wraz z małą czarną przyniósł od razu nalane dwa solidne sznapsy z lokalnym alkoholem. Niestety z żalem musiałem odmówić, gdyż w planach była jeszcze tego dnia jazda motocyklem. Kuszący zapach lokalnego trunku przyjemnie drażnił nozdrza, unosząc się w rozpalonym azjatyckim słońcem powietrzu.

Po chwili odpoczynku poszliśmy zwiedzać miasto. Canakkale, przypomnę, aby nikt nie miał wątpliwości, gdzie dotarliśmy. Poszliśmy pieszo, gdyż po pierwsze zatrzymaliśmy się w centrum. Poza tym Gosi motocykl musiał być zaparkowany (złamana kosa), jak rower, czyli oparty o ścianę 😉

Zdążyłem przejść raptem kilkaset metrów, gdy napotkałem taką oto budkę telefoniczną. Płakałem ze śmiechu!

Nie tyle sama forma budki mnie rozbawiła, co natychmiastowe skojarzeni, jak mogłaby wyglądać rozmowa z tego miejsca. Wyobraźcie taką sytuację. Wieczór. Facet w wraca z imprezy, więc jest powiedzmy już dość wesoły. Padła mu komórka, więc dzwoni do żony/dziewczyny z tego właśnie telefonu zlokalizowanego na ulicy. Dialog mógłby wyglądać następująco:

– Halo.

– Cześć Kochanie!

– Hej.

– Juszzzzzz wracam do Ciebie.

– Znów piłeś z kumplami!?! Nie jestem zdziwiona. Pytanie tylko dlaczego dzwonisz z jakiegoś dziwnego numeru?

– Wieszzzz. Padła mi komórka, więc dzwonię do Ciebie z ptaka.

– Co? Z czego dzwonisz?

– No z ptaka! Takiego …. Hehehehe ….. dużego ……. Hahahahaha …

– No pięknie! Słyszę, że dziś mocno przesadziłeś z tym imprezowaniem. Pogadamy, jak wrócisz do domu!

– Ależ Skarbie! Naprawdę dzwonię z ptaszka ….buhahahahahaha

– Już się nie pogrążaj i wracaj prosto do domu Ty …..

Przyznajcie sami, że gdyby nie zdjęcie nikt by nie uwierzył w coś takiego. Prawda czasem jest bardziej zaskakująca niż fikcja;)

Gdy tylko przestałem się śmiać, ruszyliśmy dalej w kierunku wybrzeża portowego. Tam miały być zlokalizowane najciekawsze atrakcje, oferowane przez to miasto przyjezdnym. Zgodnie z oczekiwaniami, faktycznie tak było. Szybko natrafiłem na kolejną perełkę, która mnie rozbawiła. Otóż mój wzrok spoczął na pomniku upamiętniającym ojca, wyganiającego dzieci do zrobienia porządku w swoim pokoju. Któż z nas nie zna tego obrazu z własnej przeszłości? Mam bujną wyobraźnię, ale nie wpadł bym na pomysł, aby stawiać postument dla upamiętnienia codziennego życia.

Ów rzeźba ma zapewne inne znaczenie, lecz moje wytłumaczenie mi się spodobało na tyle, że nie sprawdziłem jaki był faktyczny zamysł twórcy tego dzieła.

Jak widać w tle, dotarliśmy na deptak ulokowany na wybrzeżu cieśniny Dardanele. Pogoda dopisywała, więc spacer był przyjemny i można było zrobić kilka ciekawych zdjęć.

Przyznam szczerze, że zaskoczył mnie widok Konia Trojańskiego, który jednoznacznie kojarzył mi się do tej pory z Grecją.

Tereny obecnej Turcji, to w tamtych, zamierzchłych czasach należały do Persji. Natychmiast, gdy sobie to uświadomiłem oraz ulokowałem miejsce na mapie, wszystko stało się jasne. To przecież Persja, jak już wspomniałem. Basen morza Środziemnego. Ta historia, którą wszyscy znamy działa się między innymi na tych terenach. Problem polega na tym, że jesteśmy uczeni patrzeć na te wydarzenia z punktu widzenia Europy. Z tego powodu zapewne pomija się Azję lub tylko od niechcenia o niej wspomina. Jak to mówią – Podróże kształcą. Muszę przyznać, że to prawda. Teraz inaczej patrzę na pewne rzeczy. choćby właśnie Wojnę Trojańską.

Spacer, jak każda aktywność fizyczna zaostrza apetyt. Zacząłem więc się rozglądać za czymś do wrzucenia na ruszt. Mój własny brat rodzony, wiedząc, że lubię próbować lokalnej kuchni wyszukał w internecie potrawę, która się zowie Kokorec. Lokalny specjał, czyli coś w sam raz dla mnie. Wyruszyłem więc na poszukiwania owej strawy w miasto. Przy okazji miałem wspaniałą okazję podziwiać piękną architekturę.

Oczywiście, jak to bywa już z moim szczęściem, każdy kogo zapytałem znał to danie, ale nie wiedział, gdzie można go skosztować. Zajrzałem do kilkunastu lokali serwujących coś do jedzenia i nic. W większości wypadków były to cukiernie. Oferowały przeróżnego rodzaju ciastka, ciasta, baklawy oraz inne smakowicie wyglądające cuda, których nawet nie potrafię nazwać. Turcy kochają słodycze!

Nigdy się nie poddaję, więc postanowiłem wrócić do motocykli i poszukać szczęścia w innym mieście. Przecież gdzieś, kiedyś muszę natrafić na lokal serwujący Kokorec, tym bardziej, że to tradycyjne danie tureckie.

Po drodze zwróciłem uwagę na pewien zaskakujący element krajobrazu. Nawet zatrzymałem się, aby zrobić zdjęcie. Co konkretnie mnie tak zaintrygowało, zapytacie? Otóż domek dla kota. Są one porozstawiane w całej Turcji, niemalże na każdym kroku. Nie ma w nim wbrew pozorom nic fascynującego, na pierwszy rzut oka. Nie jest piękny, ani kolorowy. Ma jedną ogromną zaletę, poza tą oczywiście, że bezdomny zwierzak może się schronić przed zimnem oraz deszczem.

Jest nią fakt, że jest tani. Jego wykonanie nie wymaga wielkich nakładów finansowych. Został wykonany ze zwykłego kartonu, jaki można znaleźć w każdym sklepie. Jako zabezpieczenie przed wilgocią wykorzystano worek na śmieci, a całość zmontowano taśmą klejącą. Działa? Działa! To doskonały dowód na to, że można pomóc nie mając pieniędzy! Właśnie dlatego zrobiłem to zdjęcie! Ten akurat domek stał na przystanku autobusowym. W czasie mojej wędrówki po tym pięknym azjatyckim kraju widziałem takich schronień tysiące!

W międzyczasie poszukiwałem noclegu. I tu ważna informacja dla każdego, kto chciałby tak jak ja, samemu zwiedzać Turcję, zamiast korzystać z usług biur podróży. Booking naprawdę nie działa! Czytałem na ten temat przed wyjazdem. Sprawdzałem kilka razy i nie było problemu. Zarezerwowałem pierwszy nocleg w Tekirdag i wszystko grało, więc uznałem, że to bzdura. Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, gdy uruchomiłem apkę Booking będąc już w Turcji i dupa. Nie działa. To znaczy działa, ale nie da się przejrzeć nawet ofert na terenie tego kraju. O zarezerwowaniu noclegu nie wspominając. Szybko przypomniały mi się doniesienia na ten temat. Był wyrok ichniejszego sądu najwyższego, który uznał, że Booking narusza jakieś tam przepisy i dlatego jest zakaz jego działania na terenie Turcji. Zainteresowanych tematem odsyłam do internetu w poszukiwaniu dokładnych informacji na ten temat.

Nie rezerwuję nigdy miejscówek do spania na zapas, bo nie chcę sobie ograniczać możliwości podróży. Na szczęście internet działał, więc wyszukiwarka szybko podpowiedziała, jaka jest alternatywa. Skorzystałem z pierwszej z brzegu podpowiedzi, czyli portalu Agoda. Działa praktycznie tak samo jak Booking, z tą małą różnicą, że nie ma problemu na terenie Turcji.

Jakiś przyzwoity nocleg udało się dość szybko wyszukać. Opinie dobre. Cena akceptowalna, więc klik i jedziemy w tym kierunku. Pożegnałem się już z Canakkale, gdy nagle niczym policjant z drogówki wyskakujący z krzaków z lizakiem ukazał mi się leniwie powiewający na wiosennym wietrze sztandar reklamowy.

Kokorec, czyli coś czego poszukiwałem niemal całe popołudnie. Ostre hamowanie. Nie miałem ochoty na robienie kółek lub zawracanie. Na szczęście nikomu mój nagły manewr nie zaszkodził. Drugi motocykl nadal był niesprawny. To stanowiło problem tylko i aż w kwestii parkowania, więc najpierw podszedłem zapytać, czy faktycznie można zjeść to, co obiecuje sztandar na ulicy. Pełen sukces. Wróciłem od mojej towarzyszki podróży z informacją, że zarządzam mały popas. Oparliśmy jej maszynę o skrzynkę elektryczną i upewniwszy się, że motocykl stoi stabilnie, podeszliśmy do lokalu złożyć zamówienie.

Zjadłem sam, gdyż Małgorzata raczej nie gustuje w takich wynalazkach. To danie myślę, że można śmiało do takich zaliczyć, bez obrażania niczyich uczuć. Dla tych, co nie wiedzą czym jest „Kokorec” spieszę z wyjaśnieniem. Jest to lokalna (turecka) potrawa składająca się z wątroby baraniej, śledziony, serca, oraz innych podrobów. W zależności, jak się trafi mogą być również płuca, grasica oraz zapewne cokolwiek innego, co wpadnie przygotowującemu strawę w ręce. Całość jest drobno posiekana i mieszana z dodatkiem ziół, cebuli oraz papryki. Następnie tak przyrządzona mieszanka owijana jest w jelita kozie lub jagnięce (niczym sznurkiem). W ten sposób przygotowany „wałek” jest pieczony na ruszcie nad węglem drzewnym. Kokorec serwowany jest w podpieczonej, chrupiącej bułce lub bagietce. Do popicia sugeruję wybrać Ayran. Ponadto praktycznie w każdym lokalu można spotkać na stolikach miseczki z małymi, żółtymi lub zielonkawymi papryczkami (na zdjęciu leżą koło pomidora). W Bułgarii nazywane są czuszkami i stanowią doskonały dodatek do takiej kanapki i nie tylko. Osobiście je uwielbiam i polecam każdemu. Uwaga! Są wprawdzie marynowane, lecz kapsaicyny w nich nie brakuje. Jeżeli zatem ktoś nie przepada za pikantnym jedzeniem, to Ayran bardzo może się przydać 😉

Bardzo smaczna potrawa. Jest to typowe tak zwane Street Food. Na tyle mi zasmakowało, że jadłem Kokorec jeszcze kilka razy podczas pobytu w Turcji. Za każdym razem, gdy zamawiałem to danie, budziło to wielkie zdziwienie wśród obsługi lokali. Zapewne wywołane to było faktem, że turysta chce zjeść coś takiego. Widziałem, jak zawsze mi się przyglądają z ukrycia, czy zjem, czy będę wypluwał 🤣. Napełniwszy żołądek mogłem jechać dalej.

Na miejsce noclegu dotarliśmy prawie o zmierzchu. Hotel lekko na uboczu, więc fajnie. Tak przynajmniej się wydawało na początku, ale jak to już w życiu bywa znalazło się kilka niespodzianek. Na takowe należy się przygotować, gdy się podróżuję poza sezonem. Dla mnie są one częścią przygody, którą przeżywam podczas każdej wyprawy. Później jest co wspominać . Nie zmienia to faktu, że potrafią one być irytujące. O czym mowa? Chociażby o tym, że winno być Wi-Fi, a nie działało, bo poza sezonem redukuje się koszty. Śniadania również nie było, bo restauracja nie działała. Obsługa absolutnie nie fachowa. Praktycznie na miejscu był tylko ktoś z lokalsów, który robił bardziej za ciecia niż prawdziwego pracownika branży hotelowej. O posługiwaniu się językiem innym niż swój własny, nie wspominając. Z drugiej strony czemu się dziwić, jeżeli poza naszą dwójką był wynajęty tylko jeszcze jeden pokój, a cały hotel był jednym wielkim placem może nie budowy, ale generalnego remontu owszem. W pokoju było czysto. Spokojnie można było się wyspać i bez obaw wejść po prysznic, więc czego więcej potrzeba podróżnikowi? No może, aby woda była ciepła miast ledwo letniej 😉

Nie jestem fanem takich molochów, ale był po drodze i w przyzwoitej cenie, więc nie było co wybrzydzać. Rano zapakowaliśmy graty na motocykle. Wyruszyliśmy w poszukiwaniu śniadania, kierując się w kierunku Izmiru.

Tego właśnie dnia poznaliśmy pierwszego z naszych nowych Tureckich przyjaciół, który nam bardzo pomógł. O tym jednak opowiem Wam Moi Drodzy w kolejnym odcinku tej relacji 😉

Tymczasem zapraszam do zajrzenia do galerii, gdzie czeka na Was nowa porcja zdjęć. Na YouTube z kolei, utworzyłem swój kanał i dzielę się z Wami filmami z podróży. Łatwo znaleźć, gdyż nazwa jest prosta – Motopisarz.

Zaglądajcie, subskrybujcie, komentujcie! Każda interakcja z Waszej strony jest dla mnie sygnałem, że interesuje Was to co pokazuję. Co najważniejsze dodaje również motywacji do dalszych działań.

Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam już za tydzień po kolejną dozę opowieści 😉

Zapewniam, że będzie ciekawie ☝️

LwG 🤘

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry