Nie lubię używać „trudnych” słów, jak właśnie tytułowa prokrastynacja. Nie każdemu jest znane. Nie jest również używane w języku codziennym, przynajmniej w moim środowisku. Stosowanie tego typu zwrotów może zostać odebrane, jako próba pokazania, że jest się lepszym od innych. Niemniej jednak to słowo ostatnimi czasy mocno chodzi mi po głowie. Już wyjaśniam dlaczego.
Prokrastynacja to nic innego, jak odkładanie spraw do zrobienia na później. Często prowadzi to do negatywnych konsekwencji takich działań. Jak wiecie jestem fizjoterapeutą i znam doskonale problem, który opisuje to hasło. Zalecam wszystkim moim pacjentom, aby wdrożyć w życie aktywność fizyczną. Praca mięśnia to skurcz i rozkurcz, czyli ruch. Trafiają do mnie pacjenci przeważnie z jednym wspólnym problemem. Ogólnie mówiąc bólem. Cierpią z powodu dolegliwości związanych z plecami, kończynami górnymi, dolnymi i różnymi innymi. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest właśnie brak ruchu. Stety, niestety dożyliśmy takich czasów, że żyje się nam bardzo wygodnie. Większość z nas ma pracę siedzącą, która jest gorsza dla kręgosłupa niż praca fizyczna. Siedząc za biurkiem, przez kilka, nierzadko kilkanaście godzin przyjmujemy pozycję bardzo mocno obciążającą kręgosłup. Często jesteśmy przygarbieni, bo skupiamy się nad papierami lub klawiaturą, nie kontrolując postawy ciała. Po pracy wsiadamy w samochód, by zrobić jakieś zakupy lub załatwić inne sprawy przed powrotem do domu. Następnie obiad i wreszcie czas na zasłużony odpoczynek, czyli z reguły ponownie siedzenie. Kanapa lub fotel. Nieważne, czy oglądamy telewizję, czytamy książkę, spędzamy czas przed komputerem. Chodzi o to, że większą część dnia siedzimy, a potem idziemy spać, bo kolejnego dnia znów do pracy.
Na domiar złego postęp technologiczny pogłębia nasze problemy poprzez paradoksalnie ułatwianie życia. Wspomnę tylko hasłowo o komforcie życia codziennego. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdyż to przecież takie oczywiste. Windy, pralki automatyczne, lodówki, łazienka w domu. Woda leci wprost ze ściany, zarówno zimna jak i ciepła. Nie musimy biegać do strumienia lub chociażby studni, aby coś ugotować lub się umyć. Tak samo jest z toaletą. Jest na miejscu. Nie musimy biegać za przysłowiową stodołę, aby załatwić potrzeby fizjologiczne. To wszystko oraz wiele innych udogodnień powoduje, że coraz mniej się ruszamy. To z kolei prowadzi do problemów ogólnie mówiąc z kręgosłupem, ale również sprzyja otyłości. Ta zaś jest krótką drogą do wielu innych chorób.
Na szczęście coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że tak właśnie wygląda nasze życie i zaczyna dbać o siebie poprzez regularne ćwiczenia fizyczne. Nie ma znaczenia, czy będą to wizyty na basenie, siłowni, sali gimnastycznej na zajęciach z aerobiku, jogi, czy jeszcze innych. Istotne jest to, aby się ruszać, bo ruch to zdrowie.
Wracając jednak to głównego tematu, czyli prokrastynacji. Od lat słyszę od pacjentów, gdy im sugeruję rozpoczęcie ćwiczeń – nie mam czasu. Nikt się nie chce przyznać, przede wszystkim przed samym sobą do lenistwa. Zawsze wtedy używam takowej argumentacji. Wracasz do domu. Ogarniasz co trzeba – obiad, sprzątanie, przypilnowanie dzieciaków, aby odrobiły lekcje i co dalej. Siadasz na kanapie, aby odpocząć. Logiczne i nie ma w tym nic złego. Niemniej jednak wtedy włączasz Netflixa, Prime’a, czy inną platformę strimingową, aby obejrzeć jeden, dwa, trzy odcinki ulubionego serialu. Przecież to czas na relaks. Ktoś inny sięga po komórkę, aby przejrzeć FB lub insta. Ktoś jeszcze inny odpala jakąś grę komputerową, a jeszcze inny sięga po książkę. Chcemy się odprężyć i choć na chwile zapomnieć o trudach dnia codziennego. Spoko. Problem polega na tym, że w ten sposób ucieka nam godzina, dwie, pięć i nawet tego nie zauważamy. W tygodniu jest siedem dni. Wystarczy wybrać raptem dwa i przeznaczyć dwie godziny na ćwiczenia. Dokładniej mówiąc godzinę na ćwiczenia, jakiekolwiek. Druga godzinę doliczam na dotarcie na basen, siłownię i tak dalej. To raptem cztery godziny w tygodniu, czyli około cztery odcinki serialu. Na pierdoły mamy czas, ale na to by zadbać o własne zdrowie to już nie? Warto ruszyć tyłek dwa razy w tygodniu, a w pozostałe pięć dni i tak można spędzać czas, jak się chce. Ów brak czasu to tylko wymówka, czyli tak naprawdę oszukiwanie samego siebie!
To jest właśnie prokrastynacja! Nie sądźcie, że ze mnie taki hipokryta, który uważa, iż jego to zjawisko nie dotyczy. Są pewne sprawy, które tak samo odkładam na później, bo mi się najzwyczajniej w świecie nie chce, bo nie lubię czegoś robić. Najczęściej chyba mam tak, jeżeli chodzi o sprzątanie. Nienawidzę tej czynności, ale cóż. Samo się przecież nie zrobi 😉
Wspomniałem na początku tego artykuły, że tytułowe hasło chodzi mi ostatnio po głowie. Nie dlatego, że dokuczają mi bóle kręgosłupa. Na szczęście. Staram się dbać o siebie. Chodzi o mój zbliżający mi się dużymi krokami urlop. Przyznam szczerze, że odliczam dni, jak dzieciak do dnia urodzin lub Gwiazdki, gdy dostanie wymarzone prezenty.
Od lat słyszę od różnych ludzi – „Ty to masz fajnie! Jeździsz po świecie i zwiedzasz! Zazdroszczę Ci!” Zawsze odpowiadam, że wystarczy tylko zebrać się na odwagę i ruszyć tyłek z kanapy. Ripostą są niemal zawsze tysiące wymówek, począwszy od najczęstszej – „Nie mam czasu!” Standard! Potem lecą – „Boje się! Nie potrafię zorganizować wyjazdu, a wycieczki z biurem podróży są strasznie drogie!”
Rozumiem. Doskonale pamiętam swoje pierwsze wyjazdy. Ile było stresu, wiem tylko ja. Wątpliwości, czy sobie poradzę, tym bardziej, że nie mówię swobodnie po angielsku? Co zrobię, jak motocykl się zepsuje lub złapię gumę? Co jak ktoś mnie okradnie lub napadnie, tym bardziej, gdy jadę sam? Jak sobie poradzę w przypadku choroby lub co gorsza wypadku?
Wątpliwości i obawy są normalne, naturalne i całkowicie zrozumiałe. Nie na wszystko przecież człowiek jest w stanie się przygotować, a tym bardziej zapobiec każdej nieciekawej sytuacji. Oczywiście warto się zabezpieczyć, do czego serdecznie zachęcam. W jaki sposób? Otóż bardzo prosty. Po pierwsze należy dobrze przygotować sprzęt (w moim przypadku motocykl) do podróży. Po drugie warto zaopatrzyć się, najlepiej w procesie zakupu polisę ubezpieczeniową turystyczną, na czas wyjazdu. Po trzecie zapoznać się z wymogami prawnymi oraz zwyczajami kraju do którego się wybieramy, oczywiście w przypadku wyjazdów zagranicznych. W każdym innym przypadku musi wystarczyć logiczne myślenie oraz zdrowy rozsądek.
W połowie kwietnia wyjeżdżam na „podbój” Turcji. Oczywiście motocyklem. Żeby zaoszczędzić na czasie, pakuję motocykle na busa i do Bułgarii jadę właśnie samochodem. Trasa do pokonania to około dwa tysiące kilometrów w jedną stronę. Busem uda się ją przejechać w dobę. Pokonanie takiej odległości motocyklem zajęłoby ze trzy dni. W dwie strony robi się już ich sześć. Ponadto należy uwzględnić warunki atmosferyczne. W Polsce bywają w tym okresie jeszcze często nocne przymrozki, a temperatura oscyluje w okolicach dziesięciu stopni Celsjusza. Da się jechać, ale na dłuższych dystansach jest to mało komfortowe. Przejazd samochodem zatem pozwala zaoszczędzić przed wszystkim czas. Cztery dni więcej na jeżdżenie na miejscu (w Turcji) to bardzo dużo. Ponadto jest mniejszy koszt paliwa, bo rozkłada się on po równo na ilość uczestników wyprawy.
Samochód pożyczam od kumpla – Kamil bardzo dziękuję za użyczenie pojazdu. Koszt przejazdu do Burgas (południe Bułgarii) tam i z powrotem szacuję na około 4.000,00 PLN. Na wyprawę jedziemy w dwójkę. Tym razem zabiera się ze mną Gośka. Majkel trzeci uczestnik, który miał z nami jechać zimą pojechał na narty i uległ wypadkowi. Złamana ręka mam nadzieję, że dobrze się zrasta. Niestety ten incydent wykluczył świetnego kompana z tego wyjazdu. Michale! Przyjacielu! Wracaj do zdrowia, aby na kolejną wyprawę pojechać.
Łatwo policzyć, że na głowę wychodzi po 2.000,00 PLN. W samochodzie jest pięć miejsc siedzących nie licząc fotela kierowcy. Zaproponowałem więc jednej, drugiej i trzeciej osobie wspólny wyjazd do Bułgarii. Sprawdziłem nawet koszt noclegów w Burgas, aby była pełna informacja o kosztach takiego wyjazdu. Apartament nad Morzem Czarnym, czterysta metrów od plaży. Z okna jest widok wprost na morze. Siedemdziesiąt metrów kwadratowych do wyłącznej dyspozycji. Własna kuchnia. Standard na poziomie czterech gwiazdek hotelowych, czyli naprawdę nieźle. Koszt dwunastu noclegów w tym przybytku, to raptem 1,700,00 PLN. Doliczając koszty podróży, które przy założeniu, że jadą z nami dwie osoby, aby poodpoczywać w „Złotych Piaskach” spadają do 1.000,00 PLN na głowę.
Podsumowując. Dwutygodniowe wczasy w Bułgarii. Nad Morzem Czarnym, w wypasionym apartamencie dla pary to niecałe 4.000,00 PLN. Przypominam, że w tym czasie temperatury tam oscylują w okolicach 25 stopni. Brzmi kusząco? Oczywiście, że tak! Ale i tak prokrastynacja bierze górę i nie ma chętnych na wyjazd. Usłyszałem – „Ja nie mam czasu. Ja nie mogę. Ja się boję.” I tak dalej. Kurcze! Proponuję tanie wakacje. Odbieram z domu i odstawiam do hotelu. Zapewniam powrót. Wszystko podane pod nos. Gotowe i jeszcze nie ma chętnych! Masakra!
Oczywiście ja mam w tym swój żywotny interes, bo dla mnie koszt wyjazdu, który i tak się odbędzie spada jak już wspomniałem w takim przypadku o 1.000,00 PLN. Tyle też szacunkowo będą mnie kosztowały noclegi podczas całej wyprawy. Fajna oszczędność, tym bardziej, że jak nikt się z nami nie zabierze, to będę wiózł powietrze.
I to właśnie Moi Drodzy jest ta cała nieszczęsna prokrastynacja, która powoduje, że życie ludziom ucieka przez palce. Są potem sfrustrowani i mają żal do całego świata, że nigdy nigdzie nie wyjeżdżają, że nic nigdy nie zobaczyli. Jednak, gdy przytrafia się okazja, to boją się z niej skorzystać.
Zastanówcie się, czy w Waszym przypadku nie jest podobnie.
Szkoda czasu! Ja to wiem i dlatego korzystam z życia ile tylko mogę. Was również do tego serdecznie zachęcam.
Życie jest za krótkie, aby wszystko odkładać na później, bo tego później po prostu może nie być!
Tym jakże optymistycznym akcentem kończę ten artykuł i zaczynam powoli się pakować 😉
Do następnego Moi Drodzy!
