Każdego dnia przesuwam czerwone okienko na kolejne pole z inną liczbą w kalendarzu. Czuję się niczym kilkuletnie dziecko otwierające nowe okienko w kalendarzu adwentowym. Oczywiście w przypadku brzdąca jest mała radość i ekscytacja z poznania małej niespodzianki ukrytej za kolorowym kartonikiem. To fajna zabawa i pozwala podsycić ekscytację w oczekiwaniu na ten jeden, konkretny dzień. Ja wprawdzie nie sięgam codziennie po czekoladkę w innej, coraz to bardziej fantazyjnej postaci, lecz i tak bardzo się cieszę. Każda nowa liczba pojawiająca się w okienku zbliża mnie do dnia rozpoczęcia wyczekiwanego urlopu.
Tak. Musze odpocząć, lecz nie cieszyłbym się tak bardzo na te kilka dni wolnego, gdybym nie wybierał się na kolejną wyprawę motocyklową. To idealna forma spędzania wolnego czasu i sposób na naładowanie baterii na kolejne kilka miesięcy pracy. To jest oczywiście tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia. Ktoś z Was zapewne woli spędzać czas wylegując się na słonecznej plaży i wytapiając nadmiar słoninki z boczków. Ktoś inny będzie najszczęśliwszy po wbiciu się w swój ukochany, rozciągnięty dresik i spędzeniu kilku dni na kanapie przed telewizorem z pilotem w dłoni. Poświęcając czas na oglądanie seriali, popijając schłodzone napoje i obżerając się chipsami. Ktoś jeszcze inny przeznaczy wolny czas na remont, co uważam za najgorsze możliwe rozwiązanie. Nie chcę nikogo krytykować, ale to naprawdę kiepski pomysł.
Wiem, bo też w przeszłości mi się zdarzało w ten sposób „pożytkować” czas. Oczywiście należy kiedyś przeprowadzić naprawy w domu lub najzwyczajniej w świecie odświeżyć lokum, lecz nie powinien to być czas urlopu. Te kilka dni wolnego od pracy, są nam potrzebne. Ba! Powiem więcej, są niezbędne dla zdrowia psychicznego, jak i fizycznego. Musimy mieć odskocznię od szarej rzeczywistości, jaką funduje nam codzienność, bo inaczej zwariujemy. Głowa wypełniona jest po brzegi zmartwieniami dnia codziennego (któż z nas nie ma trosk i strapień). Dlatego bardzo ważne jest, aby mieć odskocznię o tego wszystkiego. I nie wystarczy weekend. Głowę trzeba przewietrzyć, tak samo jak mieszkanie, gdy się zrobi zaduch, a tego nie da się zrobić dobrze w dwa dni. Wiem po sobie, że dopiero po koło tygodniu przestaje się myśleć o bieżących sprawach i możliwy jest prawdziwy odpoczynek.
Trzeba wyjechać. Zmienić otoczenie i popatrzeć przez kilka dni na inne twarze. Nie musi to być od razy wypad na drugi koniec świata. Nawet kilkanaście kilometrów od domu wystarczy, aby złapać dystans.
Mi pozostało jeszcze dokładnie 18 dni, do wyjazdu. Pomimo tego, że uważam się na wielkiego szczęściarza, gdyż robię to co lubię – pracuję ze zwierzętami oraz pomagam ludziom – więc nie dopada mnie depresja, ani stres w niedzielne popołudnie na samą myśl, że kolejnego dnia znów muszę iść do pracy, której nienawidzę. Stresować się tym, że będę musiał przebywać w otoczeniu ludzi, którym nie ufam i udawać, że ich lubię, choć tak naprawdę większość wysłałbym na łono Abrahama. Lubię swoją pracę. Niemniej jednak, też potrzebuję odskoczni.
Kończę powoli przygotowania do wyprawy. Plan ułożony został już dawno. Skład uczestników również się wyklarował definitywnie i jeżeli nie nadejdzie apokalipsa, nic się w tej materii nie zmieni. Pakowanie, to wiadomo dzień przed, ale to pikuś. Mam to przećwiczone i opanowane wręcz do perfekcji. Wiem, że nie zabrzmiało to zbyt skromnie, ale cóż. Jak się sam człowiek nie pochwali, nikt inny tego nie zrobi 😊
Jak skutecznie i sprawnie się spakować zresztą już pisałem. Dla tych co nie czytali podrzucam link do artykułu. https://motopisarz.pl/jak-sie-spakowac-na-wyprawe/
Aktualnie domykam ostatnie tematy związane między innymi z ubezpieczeniem turystycznym na czas wyprawy. Przygotowaniem dokumentów, a raczej zebranie ich w jedno miejsce i upewnienie się, że wszystkie mają odpowiedni termin do spożycia 😉 Oczywiście żartuję, ale warto sprawdzić zawczasu, czy nie wychodzi przypadkiem termin badania technicznego pojazdu, ubezpieczeni OC, czy chociażby termin ważności paszportu. Niestety te dokumenty nie są bezterminowe. Wiele krajów wymaga ważności paszportu nie krótszej niż 6 m-cy od dnia wjazdu na ich terytorium. Głupio byłoby mieć wszystko przygotowane do wyprawy i zostać zawróconym na granicy, bo dokument ma zbyt krótka ważność. Ponadto do przekroczenia granicy niektórych krajów wymagana jest wiza, co również warto załatwić z odpowiednim wyprzedzeniem.
Prozaiczna sprawa jaką jest gotówka, również warto ogarnąć wcześniej. Oczywiście w każdej chwili możemy pójść do kantoru i zakupić euro, czy dolary, które są akceptowalne praktycznie na całym globie, lecz planując takie rzeczy z odpowiednim wyprzedzeniem, możemy sporo zaoszczędzić na różnicach kursowych.
W przypadku tej konkretnej wyprawy, musiałem zaopatrzyć się w mały dodatek techniczny, bez którego nie byłbym w stanie zapakować, ani zdjąć motocykli z busa. Chodzi o rampę załadunkową.

Nie jest to na szczęście wydatek liczony w milionach monet, niemniej jednak trochę czasu wymagało poszukanie najazdu spełniającego moje wymagania. Kwestia rozmiaru, łatwości i wygody korzystania oraz co najważniejsze odpowiednia wytrzymałość, czy też nośność. Niezbędne było zapoznanie się z opiniami użytkowników, gdyż producenci oraz sprzedawcy napiszą wszystko, aby swój towar upłynnić. Większość najazdów motocyklowych ma nośność do 200 kg, czyli na małe pierdki, a nie porządne motocykle. Co z tego, że w komplecie są dwie rampy o łącznej wadze dopuszczalnej 400 kg, jak ja będę wjeżdżał motocyklem, a nie quad-em.
Takich dupereli jest całe mnóstwo, ale to ma swój urok. Człowiek planując taką podróż i przygotowując się do niej, w pewnym stopniu już na niej jest, co pozwala w miarę spokojnie dotrwać do dnia wyjazdu.
Ok! Ja wracam do domykania przygotowań, a Wy obijajcie się, jak kto lubi!
Do następnego!
