Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 7

Witajcie Moi Drodzy!

Jeżeli pamiętacie ostatni wpis, to wiecie że poznaliśmy Oktaya. Jak już zdążyłem wspomnieć jest on nauczycielem języka angielskiego. Poprosił, abyśmy przed wyjazdem odwiedzili go w jego miejscu pracy. Tak, też się stało. Z hotelu faktycznie musieliśmy przejechać raptem 300 metrów, aby zatrzymać się przy wspomnianej placówce oświatowej.

Nie chciałem chodzić po budynku i szukać naszego nowego przyjaciela, więc napisałem wiadomość, iż czekamy przed budynkiem. Jak zapewne wiecie mój sposób ubierania się i ogólna aparycja sprawia, że często ludzie wolą przejść na drugą stronę ulicy niż mnie mijać. Zupełnie nie wiem dlaczego. Przecież ze mnie taki miły gość. Może to wina kurtki skórzanej? 🤔 Mniejsza z tym. Niemal natychmiast podeszło do mnie dwóch mężczyzn i zapytało, czego szukam na terenie szkoły. Słusznie! Znałem tylko imię naszego gospodarza oraz fakt, iż tu pracuje. Nic tak naprawdę im to nie powiedziało. Mam wątpliwości, czy mi uwierzyli, lecz odeszli obrzucają mnie wymownym spojrzeniem – mamy Cię na oku. Chwilę później wybrzmiał szkolny dzwonek i dzieciaki zaczęły się wysypywać na szkolny dziedziniec. Wśród tej całej wrzawy pojawił się i sam Oktay. Zaprosił nas do środka.

Oprowadził nas po budynku. Usiedliśmy w jego gabinecie, gdyż okazało się, iż jest zastępcą dyrektora. Wcześniej się nie chwalił faktem piastowania takiego stanowiska. Wypiliśmy razem kawę, a nasz gospodarz pokazał mi na mapie kilka miejscówek, które warto odwiedzić w drodze do Kapadocji. Czas miło upływał na pogawędce, lecz on musiał wracać do obowiązków, a ja do zwiedzania. Pożegnaliśmy się więc serdecznie ponowiwszy nawzajem zaproszenia do swoich domów.

Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy tego dnia nie licząc szkoły było starożytne miasto Syedra. Raczej to, co po nim pozostało. Ruiny są ulokowane na wysokości 400 m n.p.m., więc trzeba było podjechać pod sporą górkę. Niestety czasem ma się pecha. Tak też było i w tym przypadku. Nie udało nam się dojechać na miejsce, gdyż rozpoczynały się właśnie w tym miejscu prace remontowe.

Ekipa robotników właśnie rozstawiała ogrodzenia zagradzające drogę. Zjechałem nieco w dół i z niemałym trudem udało mi się zaparkować motocykl na stromym zboczu. Trzy razy upewniałem się, że nie przewróci się i nie zsunie po skarpie, gdy tylko odejdę kilka kroków. Znacie mnie i wiecie, że nie byłbym sobą, gdybym się poddał i odjechał nawet nie próbując się tam dostać. Podszedłem więc do ekipy i zagadałem. I co ? I dupa! Żaden nawet pół słowa nie kumał po angielsku. Nic to. Zawsze przecież można po staremu, czyli na migi. No i …. Sukces!

Panowie pokiwali zgodnie głowami i odstawili jedno przęsło otwierając mi tym samym drogę do Syedry. Nie zdążyli go jeszcze skręcić. Mogliśmy wejść i zwiedzić to przepiękne miasto, którego lata świetności przypadały na II w. n.e.

Wspominałem już, że Turcy co wspaniali, pomocni i uczynnie ludzie?

Słonko zaczynało mocno przygrzewać, a kurtki nie było gdzie zostawić. Nic to. Najważniejsze było dla mnie to, że mogłem zobaczyć to wspaniałe miejsce.

Więcej zdjęć oraz filmy z tego niesamowitego miasta są dostępne w galerii oraz na FB.

Robotnicy kręcili się po obiekcie, zajęci swoimi zadaniami, lecz nikt nam nie przeszkadzał w zwiedzaniu. Można by w tym miejscu spędzić cały dzień i zachwycać się kunsztem starożytnych budowniczych. Nie chciałem jednak nadwyrężać wspaniałomyślności ekipy budowlanej i spędzać tam zbyt dużo czasu.

Miałem rację. Jak tylko opuściliśmy to fantastyczne miejsce, natychmiast został postawiony za moimi plecami metalowy parawan zagradzający wejście.

Jeszcze raz podziękowałem panom za umożliwienie zwiedzenia starożytnego miasta i wróciłem do motocykla. Zjazd z góry stanowił ciekawe wyzwanie, gdyż po pierwsze było bardzo stromo, a do tego zakręty po niemal 360 stopni. Moje ulubione 😉

Kolejny przystanek to Mersin, a właściwie Anamurium. To również starożytne miasto położone w Cylicji. Słynie ono z największej i najlepiej zachowanej nekropolii w tym rejonie świata. Zajmuje ona obszar 101 000 m2. Można tam zobaczyć, a nawet zajrzeć do środka około 350 grobowców, które są datowane od I do IV w n.e.

Grobowce są przeróżne. Od zwykłych, można by rzec ubogich, po kunsztowne, rozbudowane, z łukowatymi sklepieniami. W wielu miejscach zachowane są fragmenty fresków, na nawet oryginalnej mozaiki ułożonej na podłodze.

Są również pozostałości po niewielkiej świątyni, w której odbywały się przeróżne rytuały religijne. Przebywanie w takim miejscu jak to, pozwala w przenośni, ale również dosłownie oddychać historią. Oczyma wyobraźni widziałem ludzi, którzy budowali to miejsce przez wieki. Muszę się przyznać, że trochę im zazdrościłem. Żyli w czasach, gdy świat tak nie pędził. Ponadto jest tam oszałamiająco pięknie. Samo miasto leży praktycznie na rajskiej plaży, znad której człowiek nie ma ochoty nigdy odejść.

Również do tego miejsca z przyjemnością zabiorę Was na spacer. Jeżeli macie tylko ochotę się tam znaleźć w moim skromnym towarzystwie. Zapraszam na You Tube. Wejdźcie na mój kanał „Motopisarz”. Odszukajcie film 360 z tego miejsca i chłońcie widoki tego magicznego kawałka świata rozglądając się dosłownie w każdym możliwym kierunku.

Dajcie proszę znać w komentarzach, czy Wam się podoba taka wycieczka. Jestem bardzo ciekaw waszego zadania na ten temat, gdyż ja osobiście najchętniej bym stamtąd nigdy nie wyjeżdżał.

Niestety tak się nie da. Życie, jak i czas biegnie dalej. Mam wrażenie i nie tylko ja, że coraz szybciej. Zatem trzeba jechać dalej. To miejsce jednak na zawsze pozostanie zarówno w mej pamięci, jak i w moim sercu.

Nim jednak przejdziemy dalej, podzielę się z Wami pewnym, małym sekretem, o którym jeszcze nikomu nie mówiłem. Otóż, właśnie w tym miejscu, spacerując po tym przepięknym, czarującym i fascynującym cmentarzysku zrobiłem jedno z moich ulubionych zdjęć. Dopiero wieczorem, gdy przeglądałem galerię i przygotowywałem dla Was Moi Drodzy relację z tego dnia na FB zdałem sobie sprawę, że udało mi się chwycić i zatrzymać w kadrze tak magiczny obraz. Oto i on.


Chyba się starzeję, gdyż i takie widoki zaczynają mi się podobać. Lepszym określeniem jednak chyba będzie stwierdzenie, że potrafię docenić ich piękno. O tym jednak cicho sza, bo to może źle wpłynąć na mój wizerunek 😉

Pogoda dopisywała, jeżeli ktoś miałby ochotę powylegiwać się na plaży. Dla motocyklisty jednak delikatnie mówiąc zbyt ciepło. Założenie kasku sprawiało, że gałki oczne zaczynały się gotowa niczym jajka w garnku. Jedziemy zatem dalej. Pęd powietrza w drodze pokonywanej na motocyklu pozwala wytrzymać takie temperatury.

Jechaliśmy w na wschód w stronę Kapadocji. Po drodze zrobiliśmy przystanek przy Zamku Marmara.

Już z zewnątrz zrobił na mnie wrażenie. Jak to na średniowieczny zamek przystało jest otoczony fosą, w której co było dla mnie zaskoczeniem pływały żółwie czerwonolice. Było ich tam całkiem sporo. Oczywiście nie było najmniejszego problemu, aby człowiek, który siedział obok i strugał z drewna łyżeczki, by je potem sprzedać turystom przypilnował motocykli. Dzięki temu nie musieliśmy nosić ze sobą ani kasków, ani kurtek. To niesamowita wygoda tym bardziej, gdy się spaceruje w upale.

Cudowny obiekt do zwiedzania. Tu również mógłbym zamieszkać 😉 Z jednej strony za oknem morze Śródziemne. Z drugiej droga, a co za tym idzie fantastyczny dojazd. Wysokie mury chronią od wiatru oraz nieproszonych gości. Nikt by nie wiedział, kiedy jestem w domu 🤣 A tak serio. Ogrom miejsca. Dużo zieleni i to co mnie najbardziej zaskoczyło, to fakt, że po opłaceniu biletów wstępu można było swobodnie zwiedzać. Pisząc swobodnie, mam na myśli dosłowne znaczenie tego słowa. Można wejść wszędzie, gdzie tylko nie ma krat lub drzwi nie są zamknięte. Obszedłem blanki dookoła i nikt nawet nie mruknął słowem, że tam się wdrapałem. Zapraszam serdecznie na filmy z tego spaceru. Wiecie już gdzie go szukać 😉

Niemal natychmiast przypomniały mi się wszelakie muzea oraz podobne obiekty w Polsce. Co by daleko nie szukać wspomnę chociażby Zamek w Malborku. Tam można zwiedzać budowlę tylko z przewodnikiem, a o dotknięciu czegokolwiek poza klamką można zapomnieć. Od razu opieprzają człowieka, jakby muzealnikowi członka rodziny skarpeta zabił! Tu jest dokładnie odwrotnie. Fenomenalne poczucie wolności i możliwość pełnej eksploracji obiektu. I powiem Wam, jeżeli ktokolwiek z Was ma wątpliwości, to nie zauważyłem ani jednego miejsca, gdzie byłoby zrobione jakiekolwiek graffiti. Nikt nie pozostawił także po sobie żadnych śmieci. To tylko potwierdza moją opinię, że nie trzeba ludzi pilnować, jak bez mała dzikiego bydła, gdyż większość potrafi się zachować i uszanować zabytki.

Na jednym z wewnętrznych dziedzińców stoi mały meczet. Przepiękny budynek, który służył niegdyś władcy warowni do modlitwy. Ciekawostką jest, że ów miejsce kultu religijnego jest cały czas czynne i regularnie odbywają się tam nabożeństwa.

Niestety nie mogłem zajrzeć do środka, gdyż drzwi były zamknięte. Trzeba by czekać do wieczora, gdy rozpoczną się przygotowania do wieczornych modłów. Będąc w okolicy koniecznie musicie tu zajrzeć.

Podczas zwiedzania czas inaczej płynie. Po zakończeniu spacerowania po zamku zdałem sobie sprawę, że jestem bardzo głodny. Na szczęście, gdy zajeżdżaliśmy pod blanki zdążyłem zauważyć, iż po przeciwnej stronie drogi jest restauracja. Całkiem logiczne, gdyż turyści najpierw pozwiedzają, a potem zostawią kasę na obiedzie.

Pokonaliśmy cztery pasy dość ruchliwej szosy niczym żaby, czyli na przełaj podbiegając lub zatrzymując się nagle w miejscu. W głowie już układałem zamówienie. Na miejscu niespodzianka. Lokal oczywiście nieczynny. Sezon turystyczny przecież się jeszcze nie rozpoczął. Zmełłem przekleństwo pod nosem i wróciłem do motocykla tą samą średnio bezpieczną drogą z nadzieją, iż technologia przybędzie z pomocą.

Tak, tak. Knajpa na knajpie w zasięgu rzutu beretem. Nic tylko wybierać, pod warunkiem, że są wakacje 🤣 Jedna, druga, trzecia restauracja zamknięta lub trakcie remontu. Dlaczego mnie to jeszcze dziwi? Kolejnego punktu gastronomicznego nie szukałem już na elektronicznej mapie. Jadąc na wschód po prostu się rozglądałem. Stare sposoby są jednak najlepsze. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zauważyłem restaurację z porządnym , dużym parkingiem. Nim zaparkowałem zgodnie ze sztuką, wszedłem do środka upewnić się, że uda nam się coś zjeść w tym miejscu.

Była to sporej wielkości restauracja położona przy plaży i nastawiona na duże grupy turystów, a przynajmniej na sporą ilość gości. Można się już było tego domyślić patrząc na parking. Mieliśmy ten komfort, iż byliśmy w lokalu sami, jeżeli nie liczyć obsługi. Jedzenie bardzo dobre i pięknie podane. Wbrew pozorom rachunek nie opiewał na miliony monet.

Zaspokoiwszy głód można było pomyśleć o jakimś miejscu na spoczynek, tym bardziej, że nieuchronnie zbliżał się wieczór. Kilka ruchów palcem po ekranie smartfona i załatwione. Można było ruszać dalej w drogę.

Na miejsce noclegu dotarliśmy po raz kolejny po zmroku. Hotel szczerze mówiąc mnie zaskoczył swoim rozmiarem i ogólnie wystrojem. Z reguły wybieram małe obiekty, gdyż są po prostu przytulne. Tym razem było inaczej.

Rezerwując nocleg zwracam z reguły uwagę prócz ceny na lokalizację, parking dla motocykli oraz to jak wygląda pokój. Tym razem trafił się moloch, ale po prawdzie muszę przyznać, że całkiem przyjemny. Parkingu oczywiście nie było. Też się zdziwiłem, lecz obsługa zagwarantowała bezpieczeństwo maszyn. Monitoring trenu przed obiektem oraz obietnica osobistego doglądania sprzętu w nocy podczas obchodu terenu.

No i można wreszcie wziąć prysznic oraz odpocząć po intensywnym dniu. Nic bardziej mylnego! Nie może być przecież nudno na wyprawie. W recepcji okazało się, gdy chciałem nas zameldować, że rezerwację mamy, ale na dzień następny. Podczas dokonywania rezerwacji wkradł się chochlik i z automatu zmienił datę na kolejny dzień. Stało się tak, najprawdopodobniej ze względu na późną porę moich działań (wieczór). Mój błąd, że nie sprawdziłem trzy razy, czy wszystko się zgadza nim zaaprobowałem ofertę i dokonałem płatności. Dopiero, co mieliśmy podobną sytuację z hotelem oddalonym o 1600 km 🤣 Powinno mnie to już czegoś nauczyć, ale jak widać czasem jestem oporny na naukę 😉

Obsługa hotelu upierała się, że nie może dokonać zmiany, gdyż ich system nie przyjmie takiej operacji. W związku z tym hotel nie otrzyma zapłaty od serwisu Agoda za wykonanie usługi. Zostałem poinformowany, iż powinienem się skontaktować z serwisem. Można tego dokonać w godzinach popołudniowych tylko za pośrednictwem aplikacji. Trzeba było zrobić korektę terminu rezerwacji. Wydawało się to prostym zadaniem, ale tylko wydawało. Tym razem technologia pokonała mnie całkowicie. Nienawidzę gadać z automatem. Wolę żywego człowieka, lecz było już dobrze po 22:00 więc nikt z obsługi technicznej nie pracował. Można było się tylko kontaktować ze sztuczną inteligencją. I tylko sztuczna by się zgadzała w tej nazwie. System w kółko kazał powtarzać te same czynności, nie zmieniając nic w mojej sprawie. Zawsze można przecież zadzwonić i spróbować ogarnąć temat w sposób staroświecki. Co najmniej kwadrans szukałem numeru telefonicznego, aby się z kimś z obsługi serwisu skontaktować. Jak wszystkie instytucje aktualnie i ta woli oszczędzać na zasobach ludzkich, gdyż te kosztują. Zrzucają więc sprawy na automaty. Te nie działają!

Wreszcie sukces! Udało mi się znaleźć prawdziwy numer w gąszczu fałszywych. Nawet udało mi się uzyskać połączenie. Hurra! Nie wiecie, jak szybko moja radość zamieniła się w gorzki smak porażki. Dlaczego? Dlatego Moi Drodzy, że po drugiej stronie odezwał się wprawdzie żywy człowiek, lecz porozumiewał się tylko w języku tureckim. Poległem!

Pogodziłem się ze stratą kasy i chciałem zapłacić za kolejny pokój na tę noc, aby nie musieć spać na ulicy. Akurat była zmiana warty w recepcji. Przyszedł nowy pracownik, który o niebo lepiej rozmawiał po angielsku, niż jego poprzednik. Zapoznawszy się pokrótce z tematem poprosił mnie o chwilę cierpliwości. Już jej nie miałem, lecz co miałem do stracenia. Poszedłem do hotelowego baru na drinka. Usłyszałem, że hotel nie serwuje alkoholu. JPRDL! Małe obiekty rozumiem, ale taki moloch? Barman był na tyle miły, że podpowiedział mi, iż za rogiem jest sklep spożywczy i tam z pewnością będę mógł dokonać interesujących mnie zakupów. Tak też się stało. Muszę przyznać, że moja towarzyszka podróży cierpliwie czekała na rozwiązanie problemu. Ani nie narzekała, ani nie panikowała. Nie wiem dlaczego, ale była pewna że ogarnę temat, w ten czy inny sposób.

Wypiłem lokalne piwko oparty motocykl. Zupełnie, jak rasowy menel. Noc. Picie pod płotem i brak noclegu! 🤣 Zdążyłem osuszyć butelkę, gdy na schodach pojawił się gość z recepcji i ewidentnie poszukiwał mnie pośród słabego światła padającego na ulicę z hotelowego lobby. Podszedłem do niego pewien, że będę zmuszony zapłacić za kolejny pokój. I tu niespodzianka! Zadzwonił do serwisu Agoda w moim imieniu i załatwił sprawę w moim imieniu. Przebukował nocleg i sprawa została załatwiona. Dostałem nareszcie klucz do pokoju. Marzyłem o prysznicu. Nim poszedłem odpocząć, chciałem zrewanżować się za pomoc. Nie było jednak mowy o żadnej gratyfikacji. Słowa podziękowania oraz moje zadowolenie były dla niego wystarczającym podziękowaniem.

Wreszcie nadszedł nas relaksu, gdyż nazajutrz czekały kolejne atrakcje oraz kilometry do pokonania jednośladem 

Na koniec tego odcinka zapraszam jeszcze raz do galerii po nową porcję zdjęć oraz na kanał You Tube „Motopisarz” do oglądania filmów 360 w jakości 4K!

LwG 🤘

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry