Witajcie Moi Drodzy!
Wybierając się na urlop poza granice kraju, w którym się mieszka pojawia się zasadnicze pytanie. Karta, czy gotówka, czyli jak płacić? Odpowiedz niezależnie od preferencji jest jasna i oczywista. Bezpiecznie! Na drugim miejscu pojawia się natychmiast hasło – wygodnie!
Niby wszystko jasne, proste i oczywiste, ale czy aby na pewno? W tym artykule postaram się Wam przybliżyć wady oraz zalety płatności zarówno kartą , jak i gotówką.
Wszystko zależy od tego, dokąd w podróż się wybieramy. Jeżeli zamierzamy podróżować po krajach Unii Europejskiej, sprawa jest stosunkowo prosta. W znakomitej większości krajów Unii obowiązującą walutą jest euro. Nie ma więc konieczności wymiany jednostek monetarnych na inne za każdym razem, gdyż przekraczana jest granica kolejnego państwa. Wystarczy mieć wspomniane euro w kieszeni i sprawa jest załatwiona. Niestety zachodzi konieczność każdorazowej kalkulacji podczas dokonywania płatności. Przynajmniej dla nas Polaków, gdyż u nas obowiązuje inna waluta. Złoty polski. Jest to delikatnie mówiąc irytujące. Gdybyśmy również, jak niemalże cała Europa przeszli na wspólną walutę byłoby najzwyczajniej w świecie taniej, łatwiej i wygodniej. Zarabiasz w euro i wydajesz w euro. Pozwólcie jednak, że wyjaśnię dla formalności.
Pieniądz, w tym konkretnym przypadku „Euro” jest towarem, który musimy nabyć, jak każdy inny. Płacimy za niego cenę wyrażoną w naszej rodzimej walucie, czyli wspomnianym już polskim złotym – PLN. Na dzień dzisiejszy euro kosztuje 4,36 PLN w zakupie. W sprzedaży natomiast 4,28 PLN. To średnie kursy NBP. Różnica wynosi zatem 0,08 PLN. Co to jest osiem groszy może ktoś zapytać. Oczywiście to prawie nic. Niemniej jednak, jeżeli pomnożymy owe osiem groszy przez kilka setek, to już się robi realnie odczuwalna kwota. Osobiście ubolewam, że Polska jeszcze nie przyjęła owej waluty, co niesamowicie by ułatwiło podróżowanie i pozwoliło zaoszczędzić nie tylko ciężko zarobione pieniądze, ale również czas. Niestety patrząc na nasze narodowe zacofanie, małostkowość, w chory i wypaczony do poziomu absurdu pseudo patriotyzm oraz brak siły przebicia wśród proeuropejskich polityków, nie widzę realnych szans na przyjęcie euro w Polsce w najbliższej przyszłości. Pozostaje nam zatem przepłacać i wstydzić się, że pochodzimy z zaścianka Europy.
Sytuacja jest zgoła inna, gdy jedziemy w bardziej egzotyczne rejony globu. Obecnie w większości krajów na świecie można zapłacić tak zwaną twardą walutą, czyli euro lub dolarami. W zależności od położenia geograficznego, różne z nich są preferowane. W Maroko na przykład z racji bliskości geograficznej Europy oraz mnogości turystów pochodzących z tego właśnie kontynentu preferowane jest euro. W Wietnamie z kolei dolar, ze względu na mniejszą odległość do USA. Niemniej jednak osobiście uważam, że najkorzystniej zawsze jest płacić w lokalnej walucie danego kraju, po jakim się podróżuje. Rozliczenia międzywalutowe, szczególnie na targowiskach, czy małych sklepikach lub lokalach usługowych są zaokrąglane z reguły w górę, oczywiście na korzyść przyjmującego zapłatę.
Rozliczając się w lokalnej walucie nie narażamy się na takie rozbieżności, a poza tym wydanie reszty nie budzi wątpliwości po żadnej ze stron. Poza tym używanie lokalnych pieniędzy, przynajmniej według mnie jest wyrazem szacunku dla ludzi żyjących w danym kraju.
Lokalna walutę można pozyskać na kilka sposobów. Pierwszy, teoretycznie najłatwiejszy, to zakup środków pieniężnych w kantorze walut przed wyjazdem. Niekoniecznie należy on do najkorzystniejszych ekonomicznie. Nie stanowi on problemu pod warunkiem, że nie wybieramy się w jakiś mało uczęszczany turystycznie zakątek świata. Egzotyczne waluty mogą być niedostępne w zwykłym kantorze. I tu z pomocą przychodzi sposób numer dwa. Czyli wymiana wspomnianej już przeze mnie twardej waluty w kantorze na miejscu w kraju do którego dotarliśmy. Ten sposób obarczony jest niestety pewnym ryzykiem. Jeżeli jest duża różnica kursowa na przykład za jedno euro mamy otrzymać 649,30 szylingów somalijskich. Logiczne jest, że wymienimy większą kwotę, więc ten przelicznik może być kłopotliwy. Ryzyko wzrasta, gdy pierwszy raz spotykamy się z nowym pieniądzem. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do wzoru na banknotach. Nie specjalnie znamy przeliczniki, ani ceny w danym kraju. Nagle za 100 euro otrzymać powinniśmy niemalże 65 tysięcy ichniejszych pieniędzy. Łatwo o pomyłkę, więc niejeden turysta został już w ten sposób oszukany, bo nie potrafił dobrze przeliczyć pieniędzy.
Nie twierdzę oczywiście, że wszędzie, każdy będzie próbował nas oszukać, ale jak to mówią, lepiej dmuchać na zimne. Sam kilka razy doświadczyłem sytuacji nieporozumienia wynikającego właśnie z rozbieżności w ilości kwoty należnej do zapłaty. Zdarzyło się tek kilka lat temu podczas wyprawy motocyklowej po Albanii. Podróżowaliśmy motocyklami z przyjaciółmi po tym pięknym kraju. Wieczorem poszliśmy do lokalu na kolację w sześć osób. Miejscówka fajna, więc zostaliśmy na cały wieczór. Były drinki, tańce i ogólnie zabawa do późna. Przy płaceniu rachunku kelner (chcąc się trzymać dobrej woli i opinii o ludziach) postawił przez pomyłkę przecinek o jedno miejsce za daleko w lewo. W efekcie czego zamiast nas skasować w przeliczeniu na złotówki (wybaczcie, ale nie pamiętam już dokładnej kwoty) 300,00 PLN żądał od nas 3000,00 PLN. Dobry kwadrans upierał się, że on ma rację, nim przyznał się do błędu i skorygował rachunek. Owa „pomyłka” możliwa była właśnie z powodu podliczania wartości zamówienia w jednej walucie, a płatności w innej.
Kolejny sposób, który osobiście rekomenduję, bo sam z niego korzystam to wypłata lokalnej waluty w bankomacie w danym kraju. Najbezpieczniej korzystać jest z takich urządzeń zlokalizowanych w banku. Dzięki temu zmniejszamy do minimum ryzyko fałszywego lub zhakowanego urządzenia, które narazi nas na straty. Ponadto nie wystawiamy się na niebezpieczeństwo konieczności opłacenia jakiejś horrendalnie wysokiej prowizji za skorzystanie z usług jakiejś firmy prywatnej. Banki państwowe nawet na końcu świata, zawsze będą najbezpieczniejszą alternatywą do korzystania z usług finansowych.
Warto wypłacić wcześniej wyliczoną sumę nie za dużą, lecz również nie zbyt małą. Odpowiednia ilość gotówki w kieszeni pozwala nam na spokojne zwiedzanie. Nie musimy się co chwila rozglądać za bankomatem. Możemy zrobić niezaplanowane zakupy. Czasem tak jest, że coś nam wpadnie w oko i niekoniecznie musi to być jakaś pamiątka. Osobiście niemal zawsze zatrzymuje się, gdy na ulicy zobaczę jakiś stragan z jedzeniem. Z ciekawości kupuję coś w takiej kuchni ulicznej, aby spróbować czegoś miejscowego. Takich rzeczy nie zje się w restauracji, ani żadnym innym miejscu. W takich miejscach płaci się gotówką z oczywistych względów.
Zbyt duża ilość pieniędzy w kieszeni to niestety również ryzyko. Po pierwsze zostania okradzionym. Trzeba brać to pod uwagę, chociaż nigdy mi się nie przytrafiła taka sytuacja. Warto zauważyć, że zjechałem już kawałek świata 😉 Bardziej prawdopodobne z mojego punktu widzenia jest zgubienie pieniędzy. Mogą się najzwyczajniej wysunąć z kieszeni, gdy wkładamy weń rękę, aby coś wyjąć. Szczególnie, gdy lokalna waluta ma niską wartość. Wtedy mamy w kieszeni naprawdę sporą ilość banknotów, które nie zmieszczą się za żadne skarby do zwykłego portfela. Dobrym przykładem jest moja ostatnia wyprawa do Turcji z kwietnia bieżącego roku. Wypłata stosunkowo niewielkiej kwoty w lokalnej walucie wyglądała tak 🤣

Jestem wielkim zwolennikiem gotówki i karty praktycznie nie używam. Wyjmuję ją z portfela, tylko gdy jestem na wyprawie, aby wypłacić gotówkę. Jest wiele powodów takiego podejścia do tematu, ale pozostawię je na inną okazję.
Nawet jeżeli jesteście wielkimi fanami płatności kartą, a to dzisiaj jest znakomita większość dokonywanych płatności, chciałbym Was przestrzec przed kilkoma sprawami. Po pierwsze, należy pamiętać, że od każdej transakcji pobierana jest przez bank opłata. Prowizje są różne w różnych krajach. Dodatkowe opłaty są naliczane za przewalutowanie i mogą naprawdę mocno uszczuplić budżet wakacyjny. Warto zatem wziąć to pod uwagę!
Po drugie w wielu miejscach lokalni sprzedawcy nie przyjmują płatności kartą. Związane jest to z wieloma sprawami, ale głównym zdaje się być chęć nieujawniania przychodów fiskusowi. Nie masz gotówki, nie kupisz nic. I nie mówię tu tylko o targowiskach, czy straganach ulicznych. Tak się dzieje w wielu lokalach gastronomicznych, małych sklepach, czy pensjonatach. W „molochach” oczywiście nie ma problemu. Wiele razy również spotkałem się z odmowa przyjęcia waluty innej niż lokalna, chociaż proponowana przeze mnie kwota wielokrotnie przewyższała wartość towaru. Ludzie czasem bywają nieufni i trudno im się dziwić. Szczególnie w małych mieścinach lub na wioskach. Nie znają euro, czy dolarów. Nie znają przelicznika, więc wolą nic nie sprzedać, niż przyjąć takie pieniądze.
Taką sytuację miałem w Mołdawii. Byłem na samotnej wyprawie motocyklowej, podczas której zwiedzałem piękną Ukrainę, Mołdawię i wracałem przez Rumunię. To było krótko przed wojną. Był to początek września 2021r. Zatrzymałem się na Mołdawskim „końcu świata”. Pośrodku niczego. Poza polami stała tam tylko maleńka świątynia, a obok mini lokalik serwujący kawę dla miejscowych, a raczej miejsce spotkań. Z uwagi na fakt, że Mołdawia jest maleńkim krajem, gotówkę miałem zamiar wypłacić w Kiszyniowie, gdzie zaplanowałem nocleg. Nie sprzedano mi kawy, bo płatność tylko gotówką. Euro nie zostało przyjęte, chociaż chciałem zapłacić jeden do jednego. Upał lał się z nieba niemiłosierny, a ja w kurtce skórzanej, kasku i rękawicach. Było ze 40 stopni w cieniu i ani jednego drzewa w okolicy. Możecie sobie wyobrazić, jak mi było gorąco. Gardło wysuszone na wiór, a język bardziej przypominał drewniany kołek niż jakąkolwiek ludzką część ciała.
Nieopodal miejsca, gdzie się zatrzymałem stał autochton z drewnianym wózkiem napędzanym siłą jego własnych mięśni. Na tym pojeździe leżała góra cudownie wyglądających, kuszących zieloną skórką, soczystych winogron. Podszedłem chcąc zakupić kiść, aby ugasić pragnienie. Pomijając fakt, że rozmowa zgodnie z przewidywaniami odbyła się na migi, to nie było najmniejszych szans na finalizację transakcji. Gość nie chciał mi sprzedać nawet jednej gałązki, pomimo, że proponowałem mu monetę o nominale 2 euro. Uparł się, jak przysłowiowy osioł. Przyznam, że byłem na niego zły w tym momencie, gdyż nie ulegało wątpliwości, że dobrze zarobi na tej transakcji biorąc pod uwagę wartość towaru, jaki oferował do sprzedaży przy drodze. Rozumiałem jego wątpliwości oraz obawę, że może zostać oszukany przez dziwacznie wyglądającego przybysza jeżdżącego motocyklem. Z drugiej zaś strony, nawet jeżeli moneta okazałaby się fałszywa to jaka byłaby jego realna strata? Nie pozostało mi nic innego, jak tylko pojechać dalej i zatrzymać się na pierwszej lepszej stacji paliw, aby wreszcie ugasić pragnienie. Sprawdziłem później w mieście, ile warte były ów owoce. Za te dwa euro mogłem kupić siedem kilogramów winogron 🤣
Ta wątpliwa pod względem przyjemności przygoda miała jednak ciąg dalszy. Zatrzymałem się przy dystrybutorze i zalałem bak do pełna. Kupiłem butelkę wody i kawę, osuszając oba naczynia jednym haustem. Chciałem zapłacić, ale terminal nie działał. Super! Nie pozostało mi nic innego, jak poczekać na czas ponownego podjęcia pracy przez ów nieszczęsne urządzenie.
Po godzinie, gdy już obszedłem wszystko dookoła, co tylko w jakikolwiek sposób przyciągało moją uwagę zacząłem tracić cierpliwość. Terminal nadal milczał, jak zaklęty. Gdyby to było miasto, ba chociaż miasteczko przeszedłbym się w poszukiwaniu bankomatu, lecz stacja zlokalizowana była w szczerym polu. Człowiek obsługujący stację oczywiście nie mówił po angielsku, ani w żadnym innym znanym mi języku. To nie problem. Gorzej, że nie mogłem się z nim dogadać w kwestii płatności. Rozumiem, że bał się, iż pojadę i nie wrócę. Musiałby wtedy pokryć stratę z własnej kieszeni. Chciałem mu zostawić paszport, jako zabezpieczenie i pojechać do najbliższego bankomatu, który według map google znajdował się 30 km od miejsca, gdzie była stacja. Tak, wiem! Głupota z tym paszportem, ale ileż można było sterczeć bez sensu na tej stacji. Wypiłem jeszcze drugą i trzecią kawę. Zjadłem ciastko, dwa batoniki i coś tam jeszcze. Bardziej z nudów niż głodu, co kilka minut prosząc o sprawdzenie terminala. Nie działał złośliwiec!
Po trzech godzinach sterczenia niczym kołek w płocie, wsadziłem łapę przez okienko i pomimo paniki obsługującego wyciągnąłem kabelek z urządzenia. Tym samym wymusiłem tak zwany twardy reset na opornym urządzeniu. Wreszcie elektroniczna gadzina ożyła, a ja mogłem wreszcie dokonać płatności. Zostałem uwolniony z „aresztu” i mogłem wyruszyć w drogę. Po tym zdarzeniu, pierwsze co robię po przekroczeniu granicy nowego kraju, w którym jest inna waluta, niż posiadana przeze mnie w kieszeni odwiedzam „ścianę płaczu” i zaopatruję się gotówkę.
To tylko dwa przykłady z życia wzięte. Mógłbym przedstawić jeszcze podobnych, no może mniej widowiskowych sytuacji, które są tak naprawdę normą. W wielu miejscach na świecie są wywieszone kartki, że płatność tylko gotówką. A jak ich nie ma, to i tak szybko się dowiecie, że tak właśnie jest.
Kolejny argument przemawiający za gotówką jest taki, że w różnych krajach są odmienne od naszych zwyczaje dotyczące płatności bezgotówkowej. Jeden jest szczególnie dla mnie całkowicie niezrozumiały i nieakceptowalny. Polega ona na wręczeniu kelnerowi karty do ręki, aby mógł pójść z nią za zaplecze i dokonać realizacji płatności. Nie ma możliwości, aby ktoś brał moja kartę do ręki, a już na pewno nie pozwoliłbym, aby sobie gdzieś z nią poszedł. Karta musi być zawsze w moim polu widzenia.
Myślę, że przekonałem i zachęciłem Was do używania gotówki na urlopie, przynajmniej poza granicami kraju. Przedstawię zatem jeszcze kilka drobnych sugestii, które ułatwią Wam życie i zapewnią bezpieczeństwo „finansowe”.
Zawsze warto mieć przy sobie banknoty o niewielkich nominałach. Znów kłania się kwestia drobnych zakupów. Duży nominał na przykład 100 euro może stanowić problem z wydaniem reszty. Jeżeli z kolei niefortunnie wypadnie nam z kieszeni banknot i tego nie zauważymy, to lepiej żeby to był niewielki nominał. Będzie to mniejsza strata. W wielu miejscach na świecie (poza dużymi sklepami) zdarzało mi się, że odmówiono przyjęcia banknotu o wysokim nominale. Wytłumaczono mi ten fenomen. Otóż niektórzy ludzie, szczególnie w mniejszych miejscowościach lub drobni sprzedawcy boją się oszustwa. Drobne nominały są dla nich bezpieczne i bez problemu akceptowalne.
Kolejnym argumentem za pieniądzem w niskich nominałach są różnego rodzaju sprzedawcy uliczni, taksówkarze oraz wszelakiej maści usługodawcy. Gwarantuję, że w znakomitej większości przypadków nie będą mieli wydać reszty, niezależnie od tego ile by jej miało być. W ten sposób wymuszają na turystach zakupienie większej ilości towaru lub najzwyczajniej w świecie napiwek. Nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek z Was chciałby się kłócić z taksówkarzem lub ulicznym sprzedawcą lodów, aby wydał dolara lub półtora należnej reszty.
I tu dochodzimy do kolejnej sprawy, czyli posiadania w kieszeni monet, jeżeli takowe są w obiegu. Skorzystanie z toalety, czy drobna opłata za lody, sok, czy cokolwiek innego w takim przypadku nie stanowi najmniejszego problemu. Poza tym jest naprawdę wiele miejsc na świecie, gdzie turyści wrzucają przysłowiowy pieniążek do fontanny, studni, czy cokolwiek jeszcze ktoś wymyślił, aby wrócić w to miejsce w przyszłości. Świetny sposób, by wyciągnąć od przyjezdnych kasę i o dziwo działa. Zwróćcie następnym razem uwagę, będąc gdzieś na wycieczce, jak duże ilości monet zalegają w takich miejscach.
Jeżeli myślicie, że one tam leżą tygodniami, miesiącami, czy latami, to jesteście w błędzie. Z reguły wieczorem, gdy turyści znikają z ulic oraz skwerów udając się na spoczynek, ktoś odpowiedzialny za taką miejscówkę zgarnia monety, aby zrobić miejsce dla kolejnych amatorów, takich atrakcji kolejnego dnia. Żeby nikt z Was Moi Drodzy nie zarzucił mi, że sobie wymyślam takie historie podaję rzeczywiste dane dotyczące jednej z najsłynniejszych fontann na świecie. Chodzi o fontannę di Trevi w Rzymie. Codziennie wyławiane są z niej monety o średniej wartości 3 tysięcy euro, co daje roczny przychód w wysokości od 1,5 do 2 milionów euro. Musicie przyznać, ze taka kwota robi wrażenie!
W tym konkretnym przypadku za „zbiórkę” pieniędzy odpowiedzialne są władze miasta, a środki te są przeznaczane na walkę z ubóstwem oraz bezdomnością.
Mam nadzieję, że ten tekst pozwoli Wam uniknąć przykrych sytuacji związanych z utratą pieniędzy na urlopie. Każdy z nas ciężko pracuje, aby zarobić te przysłowiowe kilka groszy i móc pojechać na wymarzone wakacje. Tym bardziej w tym czasie przykra jest ich utrata, która może nam w zależności od wysokości kwoty mniej lub bardziej zepsuć urlop.
Zachęcam zatem raz jeszcze do korzystania z gotówki miast karty, bo jest to wygodniejsze, bezpieczniejsze oraz pozwala zaoszczędzić sobie kłopotów 😉
Jest jeszcze jeden argument przemawiający za korzystaniem z gotówki, ale może to nie bawić każdego. Ja osobiście to lubię i tak robię. Mowa o kolekcjonowaniu pojedynczych banknotów, monet z różnych krajów świata. Nominał nie ma znaczenia. Z każdego przywożę pieniądze i za każdym razem to pamiątka, która przypomina podróż po konkretnego zakątka świata. Mój brat z kolei „ładne” banknoty wykorzystuje, jako zakładki do książek. Nie dziwię mu się, gdyż jeżeli spojrzeć na papierowe środki płatnicze nie jako na wartość samą w sobie, lecz jak na formę sztuki, naprawdę można się zachwycić. Na tych kawałkach papieru często są przedstawione piękne, kolorowe wzory ukazujące przyrodę, wydarzeni historyczne konkretnego kraju, architekturę oraz wiele innych rzeczy, które są ważna dla ich obywteli.
Dajcie znać w komentarzach, czy też macie schowane banknoty lub monety z innych krajów pośród swoich skarbów oraz czy traktujecie je jako pamiątki. Może jednak trzymacie je zgodnie z ich przeznaczeniem, jako rezerwę finansową.
Jestem również bardzo ciekaw, czy ktoś z Was po przeczytaniu tego artykułu przestawi się na gotówkę miast używania plastiku. Czekam na info 😉
