Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 8

Witajcie Moi Drodzy!

Dziś opowiem Wam jak wyglądał kolejny dzień wycieczki po Turcji. Gotowi?

No to zaczynamy 😉

Kładliśmy się późno spać przez małe zawirowania z rezerwacją noclegu. Pomimo tego już siódmej rano byłem już wyspany i gotowy do drogi. Jak zwykle szybie śniadanie i „Na koń” 😉

Nie będę Was zanudzał opowieściami o pakowaniu bagaży na motocykl. Wybieraniu kierunku jazdy itd. Za każdym razem wygląda to podobnie. Na szczęście nigdy się nie nudzi. Mnie napędza nieodparta chęć zwiedzenia nowych miejsc. Nadal kierowaliśmy się na wschód w kierunku słynnej Kapadocji. Oczywiście można by odpalić mapę i pojechać prosto do celu, ale jak w tym frajda?

No właśnie! Jak już się przejechało taki kawał świata, to warto zobaczyć coś więcej. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Zatrzymaliśmy się więc po stosunkowo krótkiej przejażdżce, aby zobaczyć ruiny Kościoła Świętej Tekli.

Tak. Zgadza się. Kościoły, to nie moja bajka. Tekla kojarzyła mi się do tej pory z pająkiem. Młodsi mogą nie wiedzieć dlaczego, więc dwa słowa wyjaśnienia. Za moich lat dziecięcych, gdy w telewizji były tylko dwa programy, a większość odbiorników wyświetlało obraz czarno-biały, o godzinie 19:00 emitowano tak zwaną dobranockę. Była to audycja dla milusińskich. Innymi słowy można było obejrzeć bajkę. Teraz można je oglądać przez całą dobę na kilku programach. Wtedy jednak drogie dzieci było trochę inaczej 😉 W latach 80-tych ubiegłego wieku bardzo popularna (tym bardziej, że jedna z niewielu) była „Pszczółka Maja”. Jedną z postaci w tej kreskówce była pajęczyca, która miała właśnie na imię Tekla.

Wracając jednak do tematu. Kościół św. Tekli, a raczej to co z niego pozostało nie robiłoby wrażenia i nie zajrzałbym tam, gdyby nie jeden drobny fakt. Ten obiekt został wybudowany pod ziemią. Obiekt ten jest określany jako podziemny kościół w jaskini. I to właśnie mnie skusiło, aby tam pojechać i go zobaczyć.Tak. Zgadza się. Kościoły, to nie moja bajka. Tekla kojarzyła mi się do tej pory z pająkiem. Młodsi mogą nie wiedzieć dlaczego, więc dwa słowa wyjaśnienia. Za moich lat dziecięcych, gdy w telewizji były tylko dwa programy, a większość odbiorników wyświetlało obraz czarno-biały, o godzinie 19:00 emitowano tak zwaną dobranockę. Była to audycja dla milusińskich. Innymi słowy można było obejrzeć bajkę. Teraz można je oglądać przez całą dobę na kilku programach. Wtedy jednak drogie dzieci było trochę inaczej 😉 W latach 80-tych ubiegłego wieku bardzo popularna (tym bardziej, że jedna z niewielu) była „Pszczółka Maja”. Jedną z postaci w tej kreskówce była pajęczyca, która miała właśnie na imię Tekla.

Wracając jednak do tematu. Kościół św. Tekli, a raczej to co z niego pozostało nie robiłoby wrażenia i nie zajrzałbym tam, gdyby nie jeden drobny fakt. Ten obiekt został wybudowany pod ziemią. Obiekt ten jest określany jako podziemny kościół w jaskini. I to właśnie mnie skusiło, aby tam pojechać i go zobaczyć.


Jak sami widzicie, niewiele jest do oglądania. Czułem się nieco zawiedziony, ale cóż. Wracałem już do motocykla, aby pojechać dalej, gdy ze swojej budki wchynął strażnik obiektu. Zaczął coś do mnie mówić, lecz po turecku. Ani słowa w innym języku, poza …. No właśnie. Jak zawsze na ratunek w takich sytuacjach przychodzi język migowy. Jest ponadkulturowy i pozwala porozumieć się z każdym człowiekiem na całym globie. Ma oczywiście swoje wady, bo pozwala tylko na wymianę bardzo podstawowych informacji. Niemniej jednak lepsze takie porozumienie niż żadne. Ów mężczyzna „trzymał” mnie w pełnym słońcu, co było katuszą, gdyż miałem na sobie skórzaną kurtkę. Jak się szybko okazało, warto było ścierpieć ów dyskomfort spowodowany wysoka temperaturą. Pokazał za pomocą rąk, żeby obejść na około mały płotek. Za cholerę nie mogłem zrozumieć po co. przecież tam nic nie ma, poza trawą. Posłuchałem jednak człowieka i zrobiłem jak zasugerował. Idąc w wyznaczonym przez niego kierunku psioczyłem pod nosem, iż tą odrobinę gruzów oznacza się w internecie, jako warte zobaczenia.

Chwilę później ujrzałem kamienne schody prowadzące pod ziemię. Od strony parkingu to wejście było zupełnie niewidoczne. Nie było również żadnej tabliczki, strzałki, ani nic innego, co by kierowało turystę w to miejsce. Gdyby nie strażnik nie zajrzałbym tutaj. Byłoby szkoda, gdyż warto było zejść pod ziemię;)

Świątynia jest bardzo niepozorna i zupełnie nie przypomina tego, co jest nam znane z teraźniejszości. Aktualnie kościoły szczególnie katolickie to monumentalne budowle ociekające złotem oraz przepychem. Prezentują tym samym całkowicie odmienny obraz do tego, który jest rekomendowany przez rzekomego boga Jezusa Chrystusa w tekście źródłowym. Przypomne tylko, że cała ta religia się nań powołuje. Oczywiście mowa tu o tzw. „Piśmie Świętym”.

Ten kościółek pochodzi z początków okresu Bizantyjskiego i faktycznie spełnia wspomniane wyżej wymogi, a może wytyczne 🤔

Pod ziemia było tak przyjemnie chłodno, że nie chciało się wychodzić. Gdyby można było kupić na miejscu kawę, zapewne bym spędził tam więcej czasu 😉

Jedziemy dalej, bo szkoda czasu. Poza tym tylko podczas jazdy motocyklem, gdy wieje da się wytrzymać w pełnym słońcu w skórze na grzbiecie. Nieoczekiwaną atrakcją po ruszeniu w dalszą drogę okazał się naprawdę stromy zjazd do głównej drogi. Możecie mi wierzyć lub nie, ale droga była nachylona pod kątem ponad 40 stopni. Jazda w dół po takim stromym zboczu gwarantuje wyrzut adrenaliny.

Bezchmurne niebo. Piękne słońce. Doskonale utrzymane tureckie drogi. Tak można jechać i jechać upajając się radością płynącą z pokonywania drogi. Zjeżdżamy jednak w pewnym momencie na boczne drogi, aby niebawem zrobić postój przy kolejnej atrakcji. Podjeżdżając na parking, poczułem delikatne ukłucie niepokoju. Pusty parking? Nie ma ludzi, czyli nieczynne. Niech to …. Czekaj, czekaj. Jakieś stragany są otwarte i ktoś się kręci w ich cieniu. Zatem jest nadzieja.

Objechałem naprawdę spory parking dookoła, ale nie było najmniejszych szans na choćby skrawek cienia. Istna patelnia pośród rdzawych skał. Zatrzymałem więc motocykl opodal małego, niebieskiego samochodu z otwartym bagażnikiem. Wiem, wiem. Po co Wam to wiedzieć, że pojazd był otwarty. Już wyjaśniam 😉 Otóż zgodnie z przewidywaniem autochton coś sprzedawał z samochodu. Automatycznie nasuwał się logiczny wniosek, wynikający z doświadczenia zebranego podczas poprzednich wojaży. Załatwię dwie sprawy za jednym zamachem . Podszedłem do wspomnianego pojazdu. Gość sprzedawał zielone śliwki. Wybaczcie, lecz pomimo usilnych starań nie udało mi się zapamiętać ich nazwy.

Wyglądem przypominały znane nam wszystkim mirabelki. Oczywiście nim dojrzeją i zmienią kolor na żółty lub czerwony. Były kwaśne, twarde i pyskate jak żona, ale takie właśnie lubię. W środku owocu zgodnie z przewidywaniami była twarda pestka. Owoce te doskonale pozwalają ugasić pragnienie. Już po zjedzeniu kilku sztuk, nie czułem uporczywej suchości w ustach, która mi doskwierała. Po dokonaniu zakupu zapytałem sprzedawcy, czy były tak miły i przechował w swoim samochodzie nasze kaski oraz kurtki. Dzięki temu nie musieli ich taszczyć w ręku. Rozmowa oczywiście odbyła się w języku migowym. Nie było problemu. Dzięki takiemu zabiegowi, który przyznam się szczerzę wykorzystuję od wielu lat, mogliśmy spokojnie zwiedzić kolejna atrakcję w komfortowych warunkach.

A teraz zwiedzamy …


Jaskinie! Przepiękne naturalne formacje skalne. Krocząc pomiędzy nimi człowiek ma wrażenie, że spaceruje po innej planecie. Mrocznej, upiornej, pięknej i na pewno niesamowitej. Każdy podziwiający te cuda natury ma inne odczucia oraz skojarzenia.

To nie pierwsze jaskinie, jakie miałem przyjemność zwiedzać. Niemniej jednak pomimo tego, iż wiedziałem jakich widoków mogę się spodziewać i tak byłem zachwycony. Ktoś powie – jaskinia, jak jaskinia. Czym tu się zachwycać? Mnie jednak zawsze takie widoki zapierają dech w piersi. Może dlatego, że w głowie natychmiast pojawiają się pomysły na nowe opowieści, gdy tylko schodzę pod ziemię 😉

To co mnie tak naprawdę zaskoczyło w tym miejscu, to fakt iż wejście było darmowe. Pozwólcie, że sprecyzuję. Kasa była zamknięta, więc zwiedzanie odbywało się gratis. Dlaczego tak? Mogę się tylko domyślać. Zapewne wynikało to z faktu, iż sezon turystyczny się jeszcze nie rozpoczął. Na okienku kasy widniał napis, który informował o godzinach zwiedzania. Zwróciłem uwagę również, iż stawki oraz wspomniane godziny miały zacząć obowiązywać dopiero od dnia 1 maja.

Nie będę Was zarzucał w tym miejscu zdjęciami z tego niesamowitego miejsca. Zainteresowanych widokami podziemi lub jak kto woli królestwa krasnoludów, Hadesa, czy Helheim-u odsyłam do galerii. Tam znajdziecie więcej ujęć z tego niesamowitego świata. A tymczasem zapraszam w dalszą podróż.

Nim dojechaliśmy do kolejnego miejsca, krótki postój w celu uzupełnienia paliwa. Stacja, jak stacja. One wszędzie praktycznie są takie same, więc nie ma co opowiadać. No może poza jednym drobnym szczegółem. Otóż to jedyny do tej pory obiekt tego typu odwiedzony przeze mnie, który oferował odświeżacze powietrza do motocykla. Aż zrobiłem zdjęcie, aby się z Wami podzielić tą osobliwością.


Pośmialiśmy się? No to w drogę 😉 Kolejny postój odbył się w miejscowości Nigde. Zlokalizowany jest tam niesamowity obiekt działający na wyobraźnię. To skalne miasto,a w nim Monastyr również wykuty w skale – Gumusler.


Kompleks ten słynie z dobrze zachowanych unikalnych fresków. Jednym z nich jest datowany na VII-XI w. wizerunek uśmiechniętej Maryi.

Całość robi niesamowite wrażenie i co znów bardzo ciekawe, wszędzie można zajrzeć. Podpowiem Wam, że niewysocy ludzie mają dużo bardziej komfortowe warunki zwiedzania. Ja musiałem się bardzo mocno pochylać lub iść w kucki, aby się zmieścić w niektórych przejściach 🤣

Bardzo kusi, aby pokazać w tym miejscu więcej zdjęć z tego fascynującego miejsca. Nie ma to jednak większego sensu. Są one dostępne w galerii – Moto Turcja 2026 / Turcja dzień 9. Nie omieszkałem również nagrać dla Was filmu. To raczej wirtualny spacer z tego miejsca w formacie 360 i jakości 4K. Jest on dostępny wraz z innymi obrazami tego typu w serwisie You Tube na kanale Motopisarz. Zapraszam serdecznie do oglądania oraz komentowania. Przypomnę jeszcze tylko krótko w tym miejscu, że filmy 360 pozwalają na oglądanie obrazu dosłownie w każdym kierunku. Jeżeli oglądacie te filmy na komórce, wystarczy przesunąć aparat do góry, w dół lub na boki, aby obraz „zmieniał się” tak jak byście byli na miejscu. Oglądając te filmy na laptopie lub komputerze stacjonarnym należy używać strzałek, aby uzyskać ten sam efekt.

Nim pojedziemy dalej jeszcze jeden rzut oka na skalne miasto.

Pomimo tego, że sezon się jeszcze nie rozpoczął wszystkie okoliczne kawiarnie oraz restauracje były wypełnione po brzegi. Nie było szans, aby usiąść napić się kawy. O zjedzeniu nawet nie wspomnę. Aż starach pomyśleć, co tu się dzieje, gdy zjeżdżają się tu turyści z całego świata.

Wsiedliśmy na motocykle i ruszyliśmy dalej w kierunku mocno przeze mnie wyczekiwanej Kapadocji. Mieliśmy plan, aby gdzieś po drodze zatrzymać się na jakiś posiłek, nim dotrzemy do celu. Pomysł dobry, lecz gorzej z realizacją. Wszystkie punkty gastronomiczne pozamykane. Większość w trakcie remontu. Inne zlikwidowane na dobre. Poszukiwania strawy nie napawały optymizmem i były wprost proporcjonalne do narastającego poczucia głodu.

Przejeżdżając przez małą mieścinę zatrzymałem się. Założyłem, że w miasteczku musi być jakaś knajpa, a przynajmniej sklep spożywczy, w którym da się kupić coś do jedzenia nim padnę z głodu.


Zrobiłem zdjęcie w „centrum” tej mieściny. Jak widać w tej prawdziwej Turcji poza terenami odwiedzanymi przez turystów (Antaya, Alantaya), gdzie bogactwo aż kipi, dominuje zwykła, smutna, szara i przygnębiająca bieda.
Zrobiłem zdjęcie w „centrum” tej mieściny. Jak widać w tej prawdziwej Turcji poza terenami odwiedzanymi przez turystów (Antaya, Alantaya), gdzie bogactwo aż kipi, dominuje zwykła, smutna, szara i przygnębiająca bieda.

Poza główną ulicą, która jest zarazem trasą przelotową nie ma nawet asfaltu. Obraz przypomina klimaty post-apo rodem z książek Gołkowskiego. Większość lokali zamknięta. Być może z powodu godzin popołudniowych. Zgodnie z przewidywaniami nikt nie mówił w innym języku niż lokalny. Dopytanie o coś do jedzenia graniczyło z cudem. Wszystko faktycznie było zamknięte lub co bardziej prawdopodobne, wstydzili się ze mną rozmawiać nie mogąc się swobodnie porozumieć. Było późne popołudnie, a mój żołądek już zwinął się supeł. Wiedziałem, że szukanie restauracji na mapach nie ma sensu, bo tylko stracimy czas. Przed wyjazdem postanowiłem przejść się kawałek z zobaczyć, jak się tu ludziom żyje.

Spacerując po tej miejscowości dostrzegłem w oddali niepozorny budyneczek. Przypominał większy kiosk Ruch-u. Coś kazało mi podejść bliżej. Z każdym krokiem rosła nadzieja, że to sklep spożywczy. Wszedłem do środka i poczułem się jakbym wygrał na loterii. Knajpa! Prawdziwe jedzenie. Wystrój rodem z lat 60-70 ubiegłego wieku, ale co tam. Zapytałem gościa odzianego w niebieską zapaskę, czy dostanę coś do jedzenia. Pokiwał głową, że tak. Poprosiłem o rezerwację stolika i wróciłem do Gosi pilnującej motocykli. Zajęło mi to kilka minut, gdyż odszedłem spory kawałek. Po chwili parkowaliśmy maszyny koło restauracji. Tym razem zostaliśmy powitani szerokim uśmiechem, a nie sporym zdziwieniem, jak podczas mojego pierwszego przekroczenia progu tegoż przybytku. Szybko okazało się, że kucharz, a zarazem właściciel po angielsku potrafi się tylko przywitać i pożegnać. To nie jest przeszkoda dla globtrotera! Będąc solidnie już godnym nie miałem ochoty na tłumaczenie w języku migowym, czego chcę. Odpaliłem więc translator w telefonie. Przetłumaczyłem na turecki jedno tylko zdanie. Proszę o coś dobrego do zjedzenia! Odpowiedział mi szeroki uśmiech oraz kciuk uniesiony w górę.

Nie zdążyliśmy dobrze posadzić zadków na krzesłach, gdy na stół zaczęły być stawiane zakąski w postaci cebuli, sałaty, grillowanej papryki, świeżo pieczonego chleba w piecu opalanym drzewem. Do picia oczywiście Ayran. Kilka minut później postawiono przed nami danie główne. Talerz mięsiwa, czyli to co lubię najbardziej 😃

Jak sami widzicie istna uczta. Najedliśmy się, jak borsuki. Tego dnia już kolacji nie było 😉

To czerwone na półmisku po prawej stronie na zdjęciu, to jakaś lokalnie przygotowywana pasta warzywna z papryki, pomidorów, zielonej pietruszki i innych składników, których nie udało mi się rozpoznać. Potraktowałem to jaką zdrowszą i smaczniejszą alternatywę do tak lubianych u nas różnego rodzaju sosów typu ketchup, musztarda, czy sos czosnkowy.

Chciałem wam pokazać, jak wygląda taki tradycyjny piec, w którym się wypieka ten wspaniały chleb. Zapytałem więc o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. Oczywiście nie było najmniejszego problemu. Wpuszczono mnie do kuchni oraz na zaplecze. Chłopaki od razu wpakowali mi się w kadr, więc mamy wspólne zdjęcie. Ten drugi to młodszy brat właściciela. Razem prowadzą ten lokal. Piec jest w tle. Ten biały 😉

Rachunek wyszedł śmiesznie niski, tym bardziej, jeżeli weźmie się pod uwagę ilość oraz jakość jedzenia. Wybaczcie, że nie podam dokładnej kwoty. Po prostu nie pamiętam. Z dużym napiwkiem za super obsługę pod kątem jakości oraz serdeczności wyszło za całość około 50 PLN. Musie przyznać, że to faktycznie niewiele.

Nim pojedziemy dalej opowiem wam jeszcze o dwóch sytuacjach, które były równie niespodziewane, co przemiłe. Pierwszą taką sytuacją był moment, gdy nasz stolik został już posprzątany i czekaliśmy na rachunek. Przy stoliku obok usiadł starszy mężczyzna. Szacując po wyglądzie lat około 80. Właśnie podawano mu zamówiony posiłek. Lachmacum. Spojrzał w naszą stronę i ujrzawszy pusty stół, przy którym siedzieliśmy z Gosią konieczni chciał się z nami podzielić. To było bardzo wzruszające. Jestem pewien, ze ów starszy mężczyzna pomyślał, że siedzimy tylko przy szklance wody, bo nie stać nas na jedzenie. Czy kiedykolwiek przydarzyło wam się coś podobnego? Obcy człowiek, który sam ma niewiele jest gotów się podzielić z obcymi, bo myśli, że oni nie mają nic. Niesamowite!

Chwilę później wyszedłem na zewnątrz, aby zrobić zdjęcie lokalu. Można je zobaczyć w galerii. Budynek niepozorny na pierwszy rzut oka, a w środku ogrom serca dla każdego zarówno ze strony obsługi, jak i samych gości. Pstryknąłem fotkę, gdy zaczepił mnie tym razem młody mężczyzna. Zapytał po angielsku, czy to mój motocykl i wskazał na CF-a. Potwierdziłem. Pochwalił samą maszynę i spojrzawszy na rejestrację również mnie, że przejechałem taki kawał świata, aby zwiedzać jego ojczyznę. Powiedział, że sam też jeździ jednośladem. Zawstydził się trochę, gdy zapytałem jakim. Odparł, że małym, bo tylko 125 ccm. Szybko jednak pokazał zdjęcia w telefonie. Zbiliśmy piątkę i już miałem wracać do knajpy, po Gośkę, gdy poprosił, abym z nim poszedł. Zaskoczył mnie, ale co mi tam. Przecież mnie nie zgwałci. Ryja raczej nie da rady obić, więc z nim poszedłem wiedziony ciekawością. Kilka metrów dalej zatrzymał się przy busie. No dobra- pomyślałem. Co chcesz mi sprzedać? Faktycznie wszedł na pakę i przez chwilę szukał czegoś w szarych pudłach. Wreszcie znalazł i szerokim uśmiechem wrócił do mnie. Wręczył mi opakowanie, w którym, jak się okazało były jakieś łakocie. Zapytałem ile mam mu zapłacić, bo nie chciałem mu sprawiać przykrości odmawiając przyjęcia podarku. Takie zagrania są niemalże standardem na ulicach wielu miast Polski, ale również wielu krajów Afryki. W ten sposób wyciąga się od turystów pieniądze. Najpierw dostajesz coś do ręki, niby w prezencie, aby za chwilę się dowiedzieć, że musisz się zrewanżować w formie gotówki. Ludzie w większości wola unikać sytuacji spornych, więc dla świętego spokoju najczęściej płacą.

Nie tym razem! To był prezent. Zapytałem z jakiej okazji. W odpowiedzi usłyszałem, że chciał mi sprawić przyjemność, bo też uwielbia jazdę jednośladem. Zrobiliśmy sobie na pamiątkę wspólne zdjęcie i tyle było z tej znajomości. Tacy ludzie, jak Turcy potrafią przywrócić wiarę w ludzi, jako gatunek.

Byliśmy najedzeni. Zaopatrzeni w coś słodkiego na wieczór. Najbardziej zadowolona była Gosia. Staram się trzymać dietę 😉 Zabukowałem nocleg i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Trasa była przyjemna. Temperatura przyjemnie się obniżała, a chylące się ku zachodowi słońce pozwalało podziwiać przepiękny teatr barw i świateł. Główne role w tym spektaklu rozgrywały po społu promienie słońca oraz białe chmury leniwie płynące po nieboskłonie.

Na minutę przed dojazdem do hotelu gwałtownie zatrzymałem motocykl na poboczu. Nie! Nic się nie stało. Dostrzegłem tylko pewien obraz, który koniecznie chciałem zatrzymać w kadrze. Doskonale wiedziałem, że to mu się być ta chwila. Za minutę będzie już za późno. Warto było?Byliśmy najedzeni. Zaopatrzeni w coś słodkiego na wieczór. Najbardziej zadowolona była Gosia. Staram się trzymać dietę 😉 Zabukowałem nocleg i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Trasa była przyjemna. Temperatura przyjemnie się obniżała, a chylące się ku zachodowi słońce pozwalało podziwiać przepiękny teatr barw i świateł. Główne role w tym spektaklu rozgrywały po społu promienie słońca oraz białe chmury leniwie płynące po nieboskłonie.

Na minutę przed dojazdem do hotelu gwałtownie zatrzymałem motocykl na poboczu. Nie! Nic się nie stało. Dostrzegłem tylko pewien obraz, który koniecznie chciałem zatrzymać w kadrze. Doskonale wiedziałem, że to mu się być ta chwila. Za minutę będzie już za późno. Warto było?

Trzy minuty później motocykle stały już przed maleńkim hotelem, a raczej pensjonatem ulokowanym w sercu Kapadocji. Obiekt przepiękny. Jeżeli ktoś z Was będzie się wybierał w te okolice i będzie chciał spędzić romantyczne chwile ze swoją „połówką” to chętnie dam namiary na tą miejscówkę.

W pokoju porzuciłem graty. Gośka poszła pod prysznic, a ja nadal głodny wrażeń wyszedłem się przejść. I to był genialny pomysł. Maszerowałem spacerowym krokiem jakieś dwie minuty pięknymi uliczkami miasteczka zwanego Uchisar. Podziwiałem architekturę, wyłożone kamieniem wąskie uliczki przypominające klimatem wczesne wieki średnie. Sklepiki oraz kramy były pozamykane już w większości pozamykane. W ciągu dnia można w nich nabyć przeróżne pamiątki oraz bibeloty. Pochłonięty myślami nie zauważyłem, kiedy zrobiłem ten jeden konkretny krok, dzięki któremu przeniosłem się w jakiś tajemny sposób do innego świata. Świata pełnego piękna, magii, wróżek, elfów, smoków, krasnoludów oraz innych bajkowych stworzeń. Kilka razy przecierałem oczy nie mogą uwierzyć w to co widzę! Przed chwilą byłem jeszcze w centrum cywilizacji, rozwiniętego technologicznie świata, aby teraz wędrować po tej nieziemskiej krainie.


Zdjęcia, ani nawet filmy nie oddają tego co człowiek widzi będąc w tym miejscu osobiście. O tym czego doświadcza, co odczuwa nawet nie wspomnę. To trzeba poczuć na własnej skórze!

Zdjęć oraz filmów już wiecie, gdzie szukać 😉

Pomimo intensywnego dnia nie miałem ochoty wracać do hotelu. W tym miejscu mogłem swobodnie wejść do każdej jaskini. Do każdego wydrążonego w skale domu i poczuć, jak magia tego miejsca przesiąka moje serce, duszę oraz umysł. Te widoki i uczucia pozostaną ze mną do ostatniego mojego życia.

Chciałbym wam pokazać ów słodkości, które dostałem od tajemniczego motocyklisty na parkingu przy knajpie.

Przyznam się, że zjadłem jedną rolkę pomimo diety, gdyż nie mogłem się oprzeć. Zawsze muszę spróbować czegoś nowego, tym bardziej jeżeli to lokalny specjał. Było to zaskakujące doświadczenie. Zgodnie z oczekiwaniem rolka była słodka. Miękka słodycz zawierała w środku chrupiącą niespodziankę. Nie będę się nad Wami znęcał i już pisze wprost. Włoskie orzechy zostały zalane gęstym sokiem owocowym, który zmienił się w galaretkę. Całość jak widać została obsypana sezamem, aby palce się nie kleiły do wszystkiego po zjedzeniu takiego deseru.

Na sam koniec tego wpisu podzielę się z Wami, czymś co mnie rozbawiło do łez. Otóż w holu pensjonatu był automat ze słodyczami i innymi przekąskami. Tworzyłem właśnie post na FB, aby zdać Wam relację z kończącego się właśnie dnia. Spojrzałem na automat i rzucił mi się w oczy pewien drobiazg. Popatrzcie na to zdjęcie i zgadnijcie, co mogło przykuć moją uwagę.Przyznam się, że zjadłem jedną rolkę pomimo diety, gdyż nie mogłem się oprzeć. Zawsze muszę spróbować czegoś nowego, tym bardziej jeżeli to lokalny specjał. Było to zaskakujące doświadczenie. Zgodnie z oczekiwaniem rolka była słodka. Miękka słodycz zawierała w środku chrupiącą niespodziankę. Nie będę się nad Wami znęcał i już pisze wprost. Włoskie orzechy zostały zalane gęstym sokiem owocowym, który zmienił się w galaretkę. Całość jak widać została obsypana sezamem, aby palce się nie kleiły do wszystkiego po zjedzeniu takiego deseru.

Na sam koniec tego wpisu podzielę się z Wami, czymś co mnie rozbawiło do łez. Otóż w holu pensjonatu był automat ze słodyczami i innymi przekąskami. Tworzyłem właśnie post na FB, aby zdać Wam relację z kończącego się właśnie dnia. Spojrzałem na automat i rzucił mi się w oczy pewien drobiazg. Popatrzcie na to zdjęcie i zgadnijcie, co mogło przykuć moją uwagę.

Tak jest! To przegródka numer 36. Takich słodyczy jeszcze nie widziałem 🤣

Chwilę trwało nim przestałem się śmiać. Wtedy pochwaliłem właściciela obiektu za pomysłowość oraz rozsądne myślenie o potencjalnych potrzebach gości. Jestem przekonany, że nie jedna turystka będąca w potrzebie była wdzięczna za ten pomysł. Szacun!

Ja już spadam, aby już za kilka dni powrócić do Was z kolejną porcją relacji z moich przygód w Turcji. Dajcie znać w komentarzach, jak Wam i czy w ogóle podobają się moje opowieści 😉

Czekam niecierpliwie!

Tymczasem LwG 🤘

Korzystajcie z pięknej pogody!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry