Moto Turcja 2026 – Relacja z wyprawy cz. 9

Witajcie Moi Drodzy!

Dziś opowiem Wam o kolejnym dniu zwiedzania cudownej Turcji. Teraz, gdy piszę dla Was tą relację doskonale wiem, że to już dziesiąty dzień wyprawy. Podczas podróży czas jednak płynie zupełnie inaczej. Człowiek nie patrzy w kalendarz. Ba, nie zwraca nawet uwagi na godziny. Wszystko płynie swoim naturalnym tempem zwiedzania, eksploracji oraz odpoczynku. Miast zegara jest droga do pokonania, a upływający czas odmierza słońce oraz żołądek, który dopomina się swojej dozy pożywienia w pewnych momentach.

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, hotelik był fantastyczny. Dla gości była dostępna, świetnie wyposażona kuchnia. Niemniej jednak śniadanie należało ogarnąć we własnym zakresie. Gotuję sobie w domu na co dzień, więc na urlopie nie mam zamiaru tego robić. Poza tym, jak doskonale wiecie jestem wielkim miłośnikiem lokalnej kuchni, każdego zakątka świata, który w danym momencie mam przyjemność odwiedzać. Zatem po porannej toalecie poszliśmy z Gosią w „miasto” pozwiedzać, a przy okazji ogarnąć jakiś posiłek.

Magiczna i tajemnicza Kapadocja, która urzekła mnie nocną porą za dnia wyglądała zupełnie inaczej. Niby to samo miejsce, lecz światło zdecydowanie wszystko zmienia. Nadal to piękny i fascynujący rejon świata, lecz moim skromnym zdaniem za dnia, nie ma już tej magii, co w nocy. Poza tym wraz z nastaniem świtu pojawiają się turyści.


Są również ogromne plusy tej pory dnia. Po pierwsze otwarte są już wszelakiej maści stragany i sklepiki, kuszące przyjezdnych ferią barw przeróżnych pamiątek oraz gadżetów.

To tylko jedno z wielu stoisk, na którym oferowane są doskonałej jakości suszone owoce. Musze przyznać, że cały towar jest niesamowicie smakowity, lecz również zaskakująco świeży. Już tylko patrząc na te przepiękne kawałki owoców, mieniące się wszelkimi kolorami tęczy ślinka zaczyna napływać do ust. Ponadto, jak zawsze ujmuje życzliwość obsługi. Widoczny na zdjęciu sprzedawca nie tylko zaproponował najsmakowitsze kąski do zakupu, lecz również podpowiedział, że obok jest zamek wykuty w skale, który warto zwiedzić. Nim zdążyłem zapytać, sam zaproponował, aby zostawić u niego zakupy i odebrać później. Zaiste tak było znacznie wygodniej.

I w tym miejscu dochodzimy właśnie do drugiego punktu korzyści wynikającej z wczesnej pory dnia, czyli możliwość zwiedzenia zabytków bez tłumów na karku. Doskonałym przykładem jest wspomniany przed chwilą zamek Uchisar. Jest on najwyżej położonym punktem w całej Kapadocji – 1270 m n.p.m. nie licząc oczywiście szczytów górskich.


Opłata za zwiedzanie twierdzy to znów groszowe sprawy. Jeżeli mnie Alzcheimer nie myli, to płaciłem 70 TRY, czyli niespełna 6 złotych. Wnętrze robi wrażenie i pozwala wyobrazić sobie, jak wyglądało mieszkanie w takich skalnych domach.

W tym miejscu pozwolę sobie zadać Wam mała zagadkę. Spójrzcie proszę na powyższe zdjęcie. Z prawej strony stoją oparte o ścianę dwie deski. Jestem bardzo ciekaw, czy uda Wam się odgadnąć do czego służyły 🤔 Pozostawię Wam trochę czasu do namysłu i odpowiedzi udzielę na końcu artykułu 😉

Zwiedzajmy zatem dalej. Wchodząc po schodach można zawędrować na sam szczyt zamku i obejrzeć panoramę okolicy. Widok jest niesamowity. Ciekawych odsyłam do galerii – Moto Turcja 2026 – Dzień 10. Nagrałem film z tego miejsca, abyście mogli sami zobaczyć ten przepiękny widok. Wdrapanie się na szczyt po schodach, pomimo regularnej aktywności fizycznej wywołało u mnie małą zadyszkę.

Nasyciwszy zmysły widokami, nadszedł czas zając się ciałem. Inaczej mówiąc należało wreszcie spożyć jakieś śniadanie. Wyruszyliśmy zatem wąskimi, urokliwymi uliczkami w poszukiwaniu lokalu gastronomicznego. Co rusz zatrzymywałam się, aby podziwiać fantazyjne aranżacje wykonane przez zmyślnych sklepikarzy. Ich głównym i chyba jedynym zadaniem było przyciągnięcie uwagi. Sami powiedźcie, czy tak wyeksponowane przyprawy nie spełniały tegoż zadania?


Nawet w te jakże odległe od nas rejony świata dotarła irytująca moda „dwa, trzy w cenie jednego”. Masówka i tandeta, jak wszędzie ;(


Nie to co sklep z prawdziwymi, latającymi dywanami
🤣

Można wybrać model exclusive, czyli mega wygodny z klimatyzacją. Dostępne są również wąskie dywaniki sportowe. Modele rodzinne oraz klasyczne. Jak widać do wyboru, do koloru. Nie wiem tylko, jakim paliwem są zasilane. Diesel, LPG, a może jeszcze coś innego? Osobiście pozostaję jednak wierny motocyklom, więc nie dokonałem zakupu takiego środka lokomocji 😉

Miasteczko turystyczne, więc sporo lokali. Co ciekawe rano znakomita większość z nich była zamknięta. Szukanie więc miejsca na zjedzenie śniadania wcale nie było takie łatwe. Wreszcie się udało. Sam posiłek był ciekawą wariancją tego, co osobiście uważam za poprawne poranne jedzenie.

Była kawa, więc niewiele więcej było mi potrzeba do szczęścia. Przyznacie, że ciekawe połączenie. Jajko, a obok tosty z ciasta francuskiego na słodko. Frytki nie specjalnie mnie zaskoczyły, gdyż nie raz już mi je serwowano w różnych rejonach świata na śniadanie właśnie.

Po obfitym posiłku wróciliśmy do hotelu po swoje graty i wyruszyliśmy w drogę. Zatrzymaliśmy się w dolinie Góreme. Tam spacerowaliśmy po kolejnym skalnym mieście. One chyba nigdy mi się nie znudzą 😉

W takich miejscach kreskówka z czasów mojego dzieciństwa pod tytułem „Flinstonowie” zaczyna nabierać nieco innego wymiaru 😉

Zwiedziłem tam również Tokali Kilise, czyli Kościół klamrowy. W Góreme właśnie. Słynie on z fresków z X oraz XI w. wymalowanych bezpośrednio na skale. Nie wolno w tym miejscu robić zdjęć, lecz specjalnie dla Was złamałem ten zakaz, abyście mogli nacieszyć oczy tym widokiem 😉

Teren przeogromny i można by tam spędzić nie godzinę, dwie, czy nawet cały dzień. Zakładam, że tydzień od rana do nocy nie wystarczyły, aby obejść wszystkie miejsca chociażby po łebkach i wszystko zobaczyć. Na spacer ze mną po tej dolinie zapraszam na You Tube na kanał Motopisarz https://www.youtube.com/watch?v=442ASOeeuUQ.

Słońce nie pozwalało o sobie zapomnieć, więc po wypiciu kawy wyruszyliśmy w stronę Ankary. Wielkie miasto. W końcu stolica. Przyznam szczerze, że nie podobała mi się. Ludzie serdeczni i sympatyczni, jak w całej Turcji. Niemniej jednak miasto to zwykły moloch. Nudna zabudowa. Mało zabytków. Miasto to zostało stolica Państwa z mianowania czysto politycznego. Decyzje o tym podjął Mustafa Kemal Atatürk 13 października 1923r. w ten sposób rozdzielił państwo świeckie od Imperium Osmańskiego. Stambuł nadal pozostaje nieformalna wprawdzie, lecz jednak stolicą religijną Turcji. To również data powstania właśnie świeckiego państwa – Turcji. Jestem jak najbardziej za tym, aby rozdzielać władzę świecka od religii i mam ogromną nadzieję, że dożyję tej chwili, jeżeli chodzi o moją piękną ojczyznę Polskę. Tak, czy inaczej Ankara według mnie nie bardzo ma zbyt dużo do zaoferowania w kwestii zwiedzania.


Jest pomnik Ataturka oczywiście. Są Meczety w tym jedne piękny, który miałem przyjemność odwiedzić. Do łez rozbawiony byłem kilka razy widząc, jak tu się parkuje samochody. I najciekawsze jest to, ze tu nikt nie robi z tego problemu.


Odwiedziłem meczet Kocatepe. Piękna budowla, chociaż powstała raptem w latach 1967-1987 ubiegłego wieku.


A tak niesamowicie prezentuje się w środku!

Przed tym przybytkiem poznaliśmy kolejnego przesympatycznego Turka. Habib, bo tak ma ów jegomość na imię sam nas zaczepił. A raczej mnie, bo kobiet unikają, jeżeli tylko mogą. Nie będę wchodził w szczegóły, a już na pewno nie będę oceniał, więc pozostawię ten temat zamknięty.

Nasz znajomość rozpoczęła się od prostego pytania – Czy zrobić Wam zdjęcie. Myślała, że jesteśmy małżeństwem. Byliśmy w tym miejscu w dwójkę z Gosią to siłą rzeczy robiliśmy sobie zdjęcia nawzajem. Był mocno zdziwiony, że jesteśmy przyjaciółmi, którzy zwiedzają razem świat na motocyklach i nie łączą nas żadne relacje damsko-męskie. Różnice kulturowe bywają zadziwiające.

Weszliśmy do środka tak naprawdę dzięki Habib-owi, gdyż zapytał, czy chcemy zobaczyć świątynię od środka. Gosia chwilę wcześniej pytała o to samo, lecz odpowiedziałem przecząco, gdyż nie chciałem naruszyć jakichś norm społecznych. Nie znam na tyle islamu, aby wiedzieć, czy można zaglądać do tych świątyń w celach turystycznych. Z przewodnikiem w postaci naszego nowego znajomego, to już zupełnie inna sprawa. Oprowadził nas po obiekcie. Przybliżył kilka spraw związanych z obrządkiem liturgicznym oraz zasadami poruszania się po świątyni. Robienie zdjęć również nie naruszało żadnych zasad, więc wykorzystałem okazję. Wnętrze, a szczególnie kula światła zawieszona pod sufitem była dla mnie zjawiskową.

Po wyjściu na rzeźkie, nocne powietrze zaproponowałem wspólnego drinka. Habib natychmiast zastrzegł, że jego religia nie pozwala na spożywanie alkoholu. O tym akurat doskonale wiedziałem, więc wytłumaczyłem, że mówiąc drinka miałem na myśli, kawę, herbatę lub inny napój bezalkoholowy. Rozluźnił się po tym wyjaśnieniu. Poszliśmy więc razem na spacer w poszukiwaniu kawiarni. Całą drogę rozmawialiśmy mniej lub bardziej się rozumiejąc, gdyż dla żadnego z nas język angielski nie jest rodzimym.

Okazało się, że jest on również nauczycielem. Wykłada w lokalnym gimnazjum i pomimo tego, że dużo bardziej podoba mu się jeżyk rosyjski, to uczy się angielskiego, aby móc rozmawiać z turystami. Był nam bardzo wdzięczny za możliwość konwersacji, gdyż jak przyznał, poprzednią rozmowę w tym języku odbył cztery lata wcześniej.

Dosłownie kilka kroków przed kawiarnią, w której mieliśmy wypić kawę, ujrzałem taki oto neon w innym lokalu i musiałem, po prostu musiałem zrobić zdjęcie 😉


Za kawę Habib nie pozwolił nam zapłacić. Byliśmy jego gośćmi, więc ten obowiązek, a zarazem przyjemność należała do niego. Już wiedziałem, że kawa dla Turka to coś więcej niż tylko napój, więc grzecznie podziękowałem i nie obstawałem przy swoim. Nie chciałem go obrazić. Fantastycznie nam się rozmawiało, lecz pora była późna. Zbliżała się północ. Szybko okazało się, że nasz hotel leży w tym samym kierunku co miejsce zamieszkania naszego nowego przyjaciela, więc szliśmy dalej razem. Zaprowadził nas jeszcze pod pomnik Ataturka, z którego Turcy są bardzo dumni. Już o tym wspominałem przy okazji omawiania legendy szarego wilka. Po drodze pod ów postument urzekł mnie swym czarem ten oto budynek.

Okazało się, że to nie żadne muzeum, ani nic w tym stylu. To tylko budynek poczty. Ale i tak jest piękny i uznałem, że wart jest zapamiętania.

Kilka minut później dotarliśmy do celu. Postument jest ogromny, by nie rzec monumentalny.

Jego rozmiar ma pokazywać, jakim szacunkiem ten bohater jest obdarzony przez rodaków. Przyznam, że nie spotkałem ani jednego z mieszkańców tego kraju, który by mówiąc o Mustafie Kemalu Ataturku nie robił tego z respektem.

W tym miejscu pożegnaliśmy się z Habib-em. Nim do tego jednak doszło wymieniliśmy się numerami telefonów oraz adresami e-mail. Powiem Wam w sekrecie, że kilka dni po powrocie z wyprawy dostałem wiadomość pocztą elektroniczną właśnie od Habib-a. Dopytywał, czy dotarliśmy bezpiecznie do domu. Serdecznie również pozdrawiał, zapewniając jednocześnie, że gdybyśmy kiedykolwiek znów zawitali do Turcji, będzie rad się z nami spotkać.

Początkowo planowałem spędzić dwie noce w Ankarze, lecz to miasto poza ludźmi nie oferowało dla mnie nic specjalnie ciekawego, więc zmieniłem plany i następnego dnia mieliśmy pojechać wprost do Stambułu.

Acha! Dobrze, że przypominacie 😉

Zamek Uchisar i dwie tajemnicze deski. Nim powiem do czego służyły, proszę napiszcie w komentarzu, co obstawialiście. Zobaczymy, kto trafił w dziesiątkę, a kto nawet się nie zbliżył do prawdy. Oczywiście z nikogo nie będziemy się śmiać 😉

Te dwa kawałki drewna to były drzwi, którymi zastawiano wejście do „mieszkania”, aby mieć odrobinę prywatności.

Zaskoczeni? Ja też byłem!

Kolejny i zarazem ostatni odcinek reportażu z tej wyprawy już za tydzień w piątek.

Mama nadzieję, że nadal czytacie z przyjemnością, a ja nie przynudzam. Za bardzo 

Do następnego i LwG 🤘

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry