Witajcie Moi Drodzy!
Mam nadzieję, że jesteście na bieżąco z lekturą prowadzonego przeze mnie bloga. Jeżeli tak to zapewne pamiętacie moją opinię na temat Ankary. Nie jest zbyt pochlebna. Planując wyprawę po Turcji zakładałem, że pozostaniemy w tym mieście dwie noce. Szybko zweryfikowałem ten pomysł i rano, zaraz po śniadaniu postanowiłem wyjechać wprost od Stambułu. Na sam koniec, można powiedzieć rzutem na taśmę zaplanowałem jeszcze zajrzeć na lokalny zamek. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się niczego ciekawego, po zwiedzaniu miasta.
Na przedzamcze zajechaliśmy bardzo wcześnie. Kramy i sklepy dopiero się otwierały. Okazało się, że to przepiękny teren, co było bardzo miłym zaskoczeniem. Warto tu zajrzeć, bo według mnie to najwspanialsze miejsce w całej Ankarze, jakie można zobaczyć.

Sama warownia jest niewielka, lecz umiejscowienie na wzgórzu dodaje jej atrakcyjności. U podnóża budowli rozpościera się niesamowita panorama na miasto, które ciągnie się po horyzont.
Mnie osobiście najbardziej podobała się sama zabudowa małego miasteczka, które naturalnie wyrosło pod murami. Jak widzicie na zdjęciu, małe domki nadają niepowtarzalny klimat temu miejscu. Brukowane, wąskie uliczki dopełniają obrazu, który wyłania się w wyobraźni, gdy się pomyślimy o takim właśnie miejscu.
Oczywiście są tu prócz sklepików oferujących pamiątki dla turystów wszelakiej maści małe, a co za tym idzie klimatyczne lokale gastronomiczne. W jednym z nich nadal parzy się herbatę dla gości w tradycyjny sposób

Niestety było zbyt wcześnie, aby skorzystać z oferty lokalu. Dopiero przygotowywano się do otwarcia, lecz pozwolono mi zrobić zdjęcie, abym mógł się z Wami podzielić tym ciekawym widokiem.
Przyznam się szczerze, że nie wiem o co chodzi, ale Turcy mają jakiś fetysz związany z jakby nie było chrześcijańskim świętem z końca grudnia. Wspomnijcie proszę pierwszy dzień mojej wycieczki, gdy pokazywałem Wam stojącą w restauracji hotelowej choinkę. Tu również, jak i w wielu innych miejscach spotyka się Bożonarodzeniowe klimaty.

Spacerując wąskimi uliczkami i podziwiając fascynującą zabudowę natrafiłem na taki oto pojazd. Wraz z nim zrozumiałem, że tak samo jak ja, również bohaterowie bajek się starzeją. A co za tym idzie również oni zmieniają środki transportu 😉

Sam zamek, jak już wspomniałem nie robi wielkiego wrażenia. Jest po prostu mały, a sama nazwa zamek został mu przypisana chyba z automatu. Nie zwiedziłem tego przybytku, gdyż otwierany był pół godziny później, niż do niego dotarłem. Najzwyczajniej było mi szkoda czasu, aby czekać na udostepnienie przybytku do obejrzenia. Zrobiłem pamiątkową fotkę i wróciłem do motocykla, by ruszyć w dalszą podróż na północ.

Słonko solidnie przygrzewało, więc założenie kurtki nie było zbyt przyjemne. Oczywiście, nim dotarłem do swojego stalowego rumaka musiałem poszlajać się po bocznych uliczkach oraz zaułkach. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Dzięki temu natrafiłem na taką oto perełkę. Uwielbiam takie miejscówki 😉

Miałem ogromną ochotę usiąść w tym miejscu i wypić prawdziwą turecką kawę, lecz było zbyt wcześnie. Ponadto by dotrzeć do Stambułu mieliśmy do pokonania kawałek drogi. Mianowicie 450 km. Nie za dużo, nie za mało. Tak w sam raz na przejażdżkę motocyklem. Oczywiście to odległość podana przez mapy google. Oznacza to nie mniej, nie więcej, że do pokonania będzie trasa dłuższa, gdyż nie lubię utartych szlaków.
Z początku jechało się bardzo przyjemnie. Lekki powiew wiatru rekompensował lejący się z nieba żar. Po przejechaniu około stu kilometrów zaczęło się schładzać i to na tle szybko, że po około kwadransie dalszej jazdy zjechałem na pierwszą napotkaną stację paliw, aby się dodatkowo ubrać. W toalecie wciągnąłem na siebie koszulkę termiczną z długim rękawem. Na nią założyłem dodatkowo dwie koszulki, bo te były pod ręką. Softshell i oczywiście kurtkę skórzaną. Jak widzieliście sami na zdjęciach mam narzuconą na kapotę jeszcze kamizelkę ze swoim logo. Zatem winno mi być gorąco, a wcale tak nie było. Po przejechaniu kolejnych kilkudziesięciu kilometrów trzęsło mną z zimna, a nie należę do zmarźlaków. Ewidentnie wiało nawet nie chłodem, a zimnem z północy od Morza Czarnego. Temperatura spadła poniżej sześciu stopni. Innymi słowy pizgało złem, a przed nami było do przejechania jeszcze więcej niż połowę drogi.
No cóż! Uroki jazdy motocyklem. Niejeden powie, że to do bani. Lepiej wsiąść w samochód i jechać wygodnie. W upał włączysz sobie klimę, a jak jest zimno ogrzewanie. Wszystko się zgadza. Sam powtarzam, że jak chcesz jechać wygodnie to wsiadaj w auto. Jazda motocyklem nie jest dla każdego. Gorsze warunki pogodowe się zdarzają i trzeba się z nimi liczyć. Na szczęście nie padało, więc nie było tragedii. Wystarczyło włączyć grzanie manetek oraz podgrzewanie kanapy, aby jechać dalej w całkiem komfortowych warunkach.
Samochodem może pojechać każdy, a motocykl jest tylko dla wybranych! Poza tym zwiedzania świata z poziomu motocykla nie da się porównać z niczym innym! Jedziesz gdzie chcesz i to dosłownie. Możesz jechać asfaltem, ale również zjechać na bezdroża, a nawet tam gdzie w ogóle nie ma dróg. To kwestia nawet nie tyle sprzętu, co fantazji oraz odwagi! Jeździłem w deszczu tak rzęsistym, że nie było widać drogi na metr przed kołem. Przytrafiło mi się jeździć przy temperaturach poniżej zera, jak i powyżej 40 stopni w cieniu. W nocy oraz we mgle. Po pustyni, po gigantycznych miastach. Lasach i pośród jezior. Brzegiem morza, a także w górach. Gdziekolwiek jednak się nie pojechało i jaki by nie były warunki atmosferyczne zawsze jest co wspominać, nawet gdy w danym momencie było ciężko.
Zatrzymywaliśmy się kilka razy na krótki popas, aby wypić ciepły napój i się nieco rozgrzać. Gdy dojeżdżaliśmy do Stambułu aura nagle zaczęła się poprawiać. Zupełnie, jakby miasto cieszyło się na naszą wizytę.
Nim dotarliśmy do centrum, gdzie zarezerwowałem hotel skwar znów lał się z nieba i ciężko było wytrzymać w dodatkowych ciuchach. Przejechać przez miasto, które zamieszkuje ponad 15 mln ludzi, nie jest takie proste. Dla porównania powiem tylko, że Warszawa ma niecałe dwa miliony, a sami zapewne wiecie, jak się po niej jeździ.
Dojechaliśmy niemal na miejsce. Niemal, bo według mapy od miejsca docelowego dzieliło nas raptem 200 metrów. Niestety przejazd był niemożliwy, gdyż na środku skrzyżowania, jakaś firma kurierska (przynajmniej tak domniemywam) zrobiła sobie centrum przeładunkowe. Cała ulica była zawalona paczkami. Zablokowali tym samym całkowicie ruch. Patrząc na ilość kartonów szkoda było czasu, aby czekać nim skończą przeładunek. Zaparkowałem więc w pierwszym możliwym miejscu motocykl i postanowiłem pójść pieszo do hotelu. Po motocykle miałem zamiar wrócić wieczorem, jak się ten cały bałagan uspokoi.

Paczki przeładowywali na takie właśnie pojazdy.
W hotelu znów niespodzianka, która mnie tym razem już nie zdziwiła. Mowa oczywiście o parkingu, a raczej jego braku mimo zagwarantowania w ofercie w obiektu. Recepcjonista zapytany o ten fakt, wzruszył tylko ramionami i powiedział, że mogę zaparkować motocykl na ulicy, ale to grozi mandatem. Mogłem również skorzystać z płatnego parkingu nieopodal. Przeszło mi to nawet przez myśl, lecz cena dwadzieścia euro za dobę od pojazdu skutecznie mnie zniechęciła do skorzystania z tej usługi.
Pozostawiliśmy graty w pokoju wraz z większością ciuchów i poszliśmy z Gosią zwiedzać miasto. Będąc w ścisłym centrum do Bosforu mięliśmy niedaleko. Po drodze oglądaliśmy Obelisk Teodozjusza z około 1450 r. p.n.e., który został przewieziony do Konstantynopola (obecnego Stambułu) z Karnaku w 390 r. n.e.

Błękitny Meczet z XVII w.

By później leniwie pospacerować pośród pięknie utrzymanych sułtańskich ogrodów.

Następnie zeszliśmy w moje ulubione rejony każdego miasta, czyli boczne uliczki. Nie będę Was tu zasypywał zdjęciami cudów, jakie tam widziałem. W tej materii odsyłam do galerii 😉
Pokaże tylko jedno zdjęcie budynku, który szczególnie ujął mnie za serce.

Straszy? Może niektórych, a dla mnie wygląda, jak z innej bajki. Widząc takie miejsca, od razu uruchamia mi się wyobraźnia. Po głowie zaczynają pląsać niczym pijane zające pomysły na nowe opowieści.
W tym mieście nie sposób się nie zakochać od pierwszych przemierzonych weń kroków. Rozkoszując się atmosferą tego miejsca, które zostało założone w 660 roku p.n.e. przez greckich kolonistów pod nazwą Bizancjum, kierowaliśmy się w kierunku Bosforu.

Pozwolę sobie przypomnieć w tym miejscu tylko hasłowo, że to jedyne miasto na świecie, które jest położone na dwóch kontynentach. Dokładnie w tym miejscu Europę od Azji oddziela tylko cieśnina Bosfor, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej.
Turcy uwielbiają słodycze, więc sklepów oraz kramów oferujących łakocie we wszystkich kolorach tęczy jest od groma. Niemalże na każdym kroku znajdzie się taki przybytek. Co ciekawe mają swoje słodkości. W większości przygotowywane lokalnie. Całkowitym przeciwieństwem jest Europa, gdzie również praktycznie w każdym sklepie, na stacji paliw można kupić coś słodkiego. Jest jednak mała różnica. U nas wszystkie te produkty pochodzą z kilku globalnych firm na krzyż. Opakowane w świecącą folię i praktycznie nie różniące się od siebie niczym poza nazwą, logo oraz gigantycznymi ilościami cukru oraz oleju palmowego. W Turcji natomiast na wystawy ze słodyczami patrzy się niemal, jak na dzieła sztuki. Sami zresztą oceńcie.

Turcja znalazła się niedawno na 4 miejscu najchętniej odwiedzanych krajów przez turystów na świecie. Niestety w znakomitej większości z dwóch powodów. Pierwszy to tak kochany między innymi przez Polaków All Inclusive, czyli wszystkiego po kokardę. Łącznie z alkoholem. Dlaczego tak jest? Bo tanio, łatwo i wygodnie. Płacisz i nic więcej nie musisz już robić. Po drugie, co dotyczy głównie pań, to zakupy. W Turcji można kupić dużo, tanio, dobrej jakości podróbek najbardziej znanych marek ciuchów, galanterii skórzanej, kosmetyków i co tam jeszcze jest w modzie. Znam osobiście wiele przedstawicielek płci pięknej, które jeżdżą tam tylko po to, aby się obkupić. Ten kraj ma tak wiele do zaoferowania, ale mało kto potrafi to docenić.
Niestety efekty takich zakupów widać na ulicach, wieczorami po zamknięciu butików. Jeden z najsmutniejszych widoków jakie w życiu widziałem 🙁

Nie będziemy jednak zasmucać, więc pokażę Wam Moi Drodzy, co można zjeść na ulicach wieczorowa porą. Co krok jest knajpka oferująca coś dobrego do jedzenia. Niestety ze względu na dużą ilość turystów lubiących śmieciowe jedzenie znane z sieciówki szumnie nazywanej restauracją z klaunem, dobrego jedzenia trzeba trochę poszukać. Niemniej jednak warto zejść nieco w bok i skosztować lokalnej kuchni. Jest też typowo uliczne jedzenie, a raczej przekąski. Bardzo popularna jest kukurydza w kolbach oraz kasztany, wprost z opalanego węglem drzewnym piecyka na kołach.

Wieczorem oraz nocą to miasto ma równie wiele do zaoferowania, jak za dnia. Warto pospacerować i podziwiać zabytki, które po zmierzchu również, a może nawet bardziej kuszą swym urokiem. Oto pochodząca z 330 r n.e. Kolumna Konstantyna, która mierzy około 35 metrów wysokości.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na zwiedzanie wielkiego bazaru. To jeden z najstarszych, jeżeli nie najstarszy kryty bazar na świecie. Co ważne nadal czynny. Zajmuje on powierzchnię bagatela 3 ha. Jest tam 61 ulic, około 3500 sklepów. Można nań wejść poprzez jedną z 22 bram. Są tam restauracje, kawiarnie, a nawet 2 meczety oraz 4 fontanny. Polecam spacer po tym fascynującym miejscu, który możecie odbyć w każdej chwili zaglądając na YouTube na kanał Motopisarz. Film jest przypominam w formacie 360 oraz jakości 4K.


Więcej zdjęć jest w galerii, do której serdecznie zapraszam.
W tym miejscu można kupić chyba wszystko, a na pewno takie cuda, jak włochate mydło. Może specjalnie dla łysych na porost włosów? Może trzeba było sobie kupić? 🤣

Czy przepiękne, ręcznie robione oraz malowane szachy.

Poza terenem samego bazaru rozciąga się przyklejony niczym huba do drzewa cały szereg ulic (nowy bazar, a raczej targowisko), gdzie nabyć można wszelkiej maści ciuchy, obuwie, kosmetyki i co tam jeszcze sobie wymyślimy. Tu królują podróbki w naprawdę dobrych cenach, więc jeżeli chcecie poszpanować na ulicy, w szkole lub pracy i nie roztrwonić na to rodzinnej fortuny, to miejsce będzie dla Was rajem.

Mówi się, że Stambuł to światowa stolica kotów. Coś w tym musi być, bo te zwierzaki są dosłownie wszędzie. Gdzie by nie spojrzeć widać jakiegoś kota;) Szacuje się, że w samym tylko mieście może żyć nawet kilka milionów przedstawicieli tegoż gatunku. O koty dbają tu wszyscy począwszy od obywateli po władze miasta. I jak widać, te zwierzęta czują się tu naprawdę, jak u siebie.

Zrobiłem specjalnie to zdjęcie, aby pokazać Wam, jak to wygląda w rzeczywistości. Kot śpi sobie na samym środku wejścia do sklepu i nikt, absolutnie nikt mu nie przeszkadza. Właściciel pilnuje, aby zwierzak mógł spać spokojnie, a klienci przechodzą obok na paluszkach, aby nie zakłócać odpoczynku sierściucha.
To było jedyne miasto, w którym spędziliśmy dwie noce i praktycznie dwa dni na zwiedzaniu oraz ogólnie rozumianym leniuchowaniu. Przed wyjazdem zajrzałem jeszcze do salonu CF Moto.

Postawiłem sobie za punkt honoru zajrzeć do takiego salonu motocyklowego na każdym kontynencie, który odwiedzam jadąc motocyklem tej właśnie marki. To był już trzeci salon i trzeci kontynent, więc można by rzec, że jestem na półmetku 😉
Pierwsza była oczywiście Europa i salon, w którym kupiłem motocykl. Pozdrawiam z tego miejsca Daniela oraz jego ekipę z Pako Racing z Brzozówki pod Toruniem. Drugi odwiedzony salon był w Maroko w mieście Casablanca, czyli Afryka. No i teraz trzeci.
Następnie ruszyliśmy już w stronę Bułgarii i czekającego tam na nas busa. Przed nami było do pokonania nieco ponad 350 km. Zatem jeszcze trochę zabawy pozostało. Droga do miejscowości Haskovo zleciała nie wiadomo kiedy. Bus czekał koło klubu motocyklowego. Ekipa zgodnie z obietnicą przypilnowała samochodu, więc nie było nieprzyjemnych niespodzianek po powrocie.

Zapakowaliśmy motocykle. Przebraliśmy się w „cywilne” ciuchy. Zbiliśmy piątkę z klubowiczami i ruszyliśmy w drogę powrotną. Pozostało przed nami około 2000 km, ale też ogrom wspomnień z wyprawy. Na szczęście tym razem granicę z Serbią pokonaliśmy sprawnie i bez kłopotów. Droga zleciała szybko, ale jak to już w życiu bywa nie obeszło się bez przysłowiowego wq…. Jak to gdzie? Oczywiście w Polsce!
Jechaliśmy do Torunia. Gosię odstawiałem do domu. 10 km przed metą, a przypominam, że był to długi weekend majowy na autostradzie wielki korek. Była jakaś stłuczka, więc niż poważnego, ale w naszym kraju to wystarczająca sytuacja, aby rzeczywistość wyglądała jak podczas Armagedonu. Przejechałem całą Europę bez problemu i utknąłem w korku na progu domu. Niestety działania służb w naszym pięknym kraju w takich sytuacjach są takie, a nie inne. Aby nie rzucać teraz przez kolejne dwie strony inwektywami pod ich adresem, pozwólcie że pominę ten fragment 🤬
O już! Po zmarnowanych bez sensu trzech godzinach życia, udało mi się wreszcie przebić bocznymi drogami i dojechać do celu. Do domu już nie miałem cierpliwości jechać, więc zatrzymałem się. u brata w Toruniu.
Każda podróż kiedyś się kończy. Nie ma co się martwić, gdyż zawsze pozostają niesamowite wspomnienia, całe mnóstwo zdjęć oraz kilka przywiezionych pamiątek. W moim przypadku również wciąż rosnący apetyt na więcej i więcej 😉
Tak! Już planuję kolejna wyprawę 😉 Dokąd? Na razie niechaj to pozostanie tajemnicą. A teraz jeszcze raz zapraszam Was Moi Drodzy do galerii, aby pooglądać zdjęcia. Zapraszam na YT na kanał Motopisarz do oglądania filmów 360.
Nie zapominajcie również zaglądać tutaj, na mojego bloga. To, że zakończyłem relację z wyprawy po Turcji, nie oznacza, że będzie na blogu hulał wiatr poganiany nudą. Nadal co tydzień będę umieszczał kolejne wpisy, które mam nadzieję będą Was bawiły, ciekawiły, a może nawet inspirowały do wybrania się na własną wyprawę. Nie ma znaczenia to, czy będzie to podróż motocyklem, samochodem, samolotem, czy wędrówka piesza. Ważne, by ruszyć się z miejsca i odkrywać świat.
Tego właśnie Wam serdecznie życzę!
Do następnego i LwG 🤘
